Archiwum z miesiąca: Październik 2015

Słowa, uczucia, idee, dzieła, które stworzymy, lub w których powstawaniu uczestniczymy i będziemy uczestniczyć, są nieśmiertelne. To optymistyczny pewnik. Dowodem jest spuścizna po poprzednich pokoleniach. Tak, w sferze ducha i intelektu możemy być nieśmiertelni. Jednak, żebyśmy nie wiem jak dbali o swoje ciało, spowolnili jego starzenie się, to i tak ono umrze. Czy to budzi w nas lęk?

Nepal. Okolice Katmandu. Kompleks świątyń śiwaickich, nad brzegiem Bagmati - Paśupatinath Mandir. Palenie ciała zmarłego.
Nepal. Okolice Katmandu. Kompleks świątyń śiwaickich, nad brzegiem Bagmati - Paśupatinath Mandir.
Palenie ciała zmarłego. Fot. Tadeusz K. Kowalski

„Głupotą jest bać się tego, czego nie można uniknąć” stwierdził na początku naszej ery aforysta Publiliusz Syrus, ale przecież nie wszyscy ten aforyzm znają. Wanda Rutkiewicz, światowej sławy polska alpinistka i himalaistka, na zarzut, że tacy jak ona niepotrzebnie narażają swoje życie, odpowiadała, że życie codzienne też przynosi sytuacje mogące zakończyć się tragicznie. Można zginąć w wypadku samochodowym, w wyniku napadu czy przez spadającą z dachu cegłę. Rutkiewicz wiedziała, że śmierć przychodzi zawsze. Do niektórych prędzej, do innych później. Ale przychodzi zawsze, żebyśmy nie wiem co robili.

– Lęk przed śmiercią często jest nieuświadomiony i może się przejawiać lękami przed różnymi sytuacjami – mówi Dorota Skrajna, psycholog z Centrum Terapii Promitis i Warszawskiego Instytutu Psychoterapii. – Nie wiemy, kiedy nasze życie się zakończy . Może nawet za godzinę, jutro, a może za kilkadziesiąt lat.

Jak wykazują badania, ludzie różne odczuwają lęki, które możemy skojarzyć ze śmiercią. – Boją się na przykład, co stanie się z ich bliskimi, gdy umrą; boją się cierpienia podczas umierania, tego, że umieranie może będzie bolało; boją się tego, że w ostatnich chwilach nie będzie się miał kto nimi zająć; boją się, że nie będą już mogli realizować swoich planów; boją się, że nie będą niczego doświadczać ani odczuwać albo tego co się stanie po śmierci – wylicza Dorota Skrajna.

Lęk jest normalnym, naturalnym elementem naszego życia, to emocja jak gniew czy radość. Stanowi sygnał alarmowy lub modyfikuje nasze zachowanie.

Ale już fobie, napady paniki czy stany lękowe, powodujące somatyczne objawy jak choćby kołatanie serca czy bolesne skurcze jelit, powinny nas skłonić do konsultacji ze specjalistą.

Do wyboru: ucieczka lub atak

Nie tylko ludzie, ale i zwierzęta znają uczucie lęku przed śmiercią. To sygnał, który mobilizuje do ucieczki lub ataku. Bez niego – jak pisał wybitny polski psychiatra, Antoni Kępiński - świat ożywiony, by wyginął. W obliczu realnej śmierci człowiek potrafi oddalić jej perspektywę, zachowywać się tak jakby była daleko. Na przykład ludzie w sędziwym wieku zamartwiają się swoją przyszłością, jakby mieli żyć wiecznie. W sytuacji ekstremalnej, niemal pewnym zagrożeniu życia, ludzie na ogół skupiają się na tym, by przetrwać. Samo posiadanie broni do obrony czy nawet trucizny, która pozwala w ostateczności odebrać sobie życie, dodaje ludziom odwagi, zmniejsza lęk przed śmiercią. Za najgorszą bowiem w takich razach uważa się bezsilność.

Phi, zagrożenie

Na to, że człowiek może przyzwyczaić się do niebezpieczeństwa i zagrożenia życia, Kępiński daje prosty przykład. Co dzień albo kilka razy dziennie wsiadamy do samochodu i przechodzimy przez jezdnię, bo nie myślimy, można powiedzieć, lekceważymy czyhające na drodze niebezpieczeństwo.

A lotnicy?

Przelot nad Andami. Z Chile do Argentyny. Ameryka Południowa.
Przelot nad Andami. Z Chile do Argentyny. Ameryka Południowa [z wyprawy K. i M. Fijałków i G. Lubińskiej]
Saint-Exupéry pisał do swej przyjaciółki Rinette: „W nocy jestem jakby nie ten sam. Niekiedy ogarnia mnie niepokój, gdy leżę w łóżku z otwartymi oczami. Nie lubię, kiedy zapowiadają mi mgłę. Nie chcę jutro skręcić sobie karku. Świat niewiele na tym straci, ale ja wszystko.” Tak, lotnicy też mogą doświadczać chwil lęku przed śmiercią. Dla Saint-Exupéry‘ego nagrodą za przezwyciężenie tego strachu były podniebne przeżycia. Śnieg Pirenejów, który z góry wydawał się różowy czy widziane z samolotu po zwolnieniu obrotów motoru Perpignan, w miarę nadlatywania, coraz bardziej błękitne. I choć po lądowaniu „Cudownie jest dotykać ziemi, >>Później robi się nudno<<”.

Sposoby na strach przed śmiercią

Wanda Rutkiewicz, zdradziła dwa sposoby przezwyciężenia w trudnych sytuacjach strachu przed śmiercią: pierwszy, „rozmawiać ze sobą”. Mówiła do siebie „tylko spokój”. Drugi, zalecany też przez Kępińskiego, wydaje się skuteczniejszy. Brzmi: „akcja!”. To znaczy: rób coś! Rutkiewicz, zdobywając w 1991 roku samotnie dziesiąty szczyt świata – Annapurnę, znaną ze swojej strefy śmierci – przeżyła trudny moment na wysokości 7800 m n.p.m. Schodząc ze szczytu, na wielkich polach lodowych, stojąc na czubkach raków, uczepiona kolców czekana, kiedy ogarnął ją przemożny lęk przed śmiercią, pomyślała, że jeśli czegoś nie zrobi, to zginie. „Musiałam coś zrobić i to zrobić szybko – by żyć…Wróciłam do góry, sto-sto pięćdziesiąt metrów, do miejsca gdzie było łatwiej. Ta akcja zlikwidowała strach, strach przed śmiercią….” Już nie dowiemy się czy kiedykolwiek czytała „Lęk” Antoniego Kępińskiego, w którym pisał , że „sygnał niebezpieczeństwa dla życia działa pobudzająco na naszą aktywność”. Że „wszelka aktywność zmniejsza nasilenie lęku, a brak aktywności je powiększa”. Że, dla przezwyciężenia lęku potrzebna jest „akcja”. Co zresztą, można powiedzieć, sam realizował, kiedy ciężko chory, przed przedwczesną śmiercią w wieku 54 lat, napisał lub zaczął pisać największe swoje dzieła.

„Podczas pakowania plecaków ogarnął mnie na krótko lęk, ta niepewność, której nigdy w pełni nie zdołałem się wyzbyć pomimo tak licznych wejść na ośmiotysięczniki. Co nas czeka?” – napisał Reinhold Messner, himalaista wszech czasów, wspominając wyprawę na Annapurnę, którą prowadził w 1985 roku. - /…/ Uspokoiłem się całkowicie, dopiero kiedy rozpoczęliśmy wspinaczkę. Odtąd koncentrowałem się już jedynie na następnym chwycie, na dniach, które nastaną na górze.”

42-letnia Irene Miller, fizyczka, jedyna w zespole – pośród uczestniczących w pierwszej amerykańskiej i zarazem pierwszej kobiecej ekspedycji na Annapurnę w roku 1978 – matka, której dzieci jeszcze mieszkały w domu, bardzo niepokoiła się niebezpieczeństwami związanymi ze wspinaczką na ten śmiercionośny himalajski ośmiotysięcznik. Przy czym bała się nie o własne życie, ale o to, jaki to miałoby wpływ na dalsze losy jej córek.

Annapurna - 8091 m n.p.m., dziesiąty co do wysokości ośmiotysięcznik Ziemi.
Annapurna - 8091 m n.p.m., dziesiąty co do wysokości ośmiotysięcznik Ziemi. Fot. Tadeusz K. Kowalski

Liderka wyprawy i autorka książki o przedsięwzięciu, na które uczestniczki zdobyły fundusz, promując na T-shirtach hasło „Miejsce kobiet jest na szczycie”, Arlene Blum swoje pierwsze próby wspinaczkowe w Oregonie zapamiętała tak: „Kiedy pierwszy raz wspięłam się na lodowiec, czułam się, jakbym dotarła do źródła piękna i spokoju – miejsca, do którego czułam przynależność, gdzie później ciągle musiałam powracać”.

Arlene Blum po latach w podsumowaniu kobiecej wyprawy napisała tak: „Wartość skupienia się na teraźniejszości na Annapurnie była ogromna – granica życia i śmierci była bardzo cienka i wystarczył jeden fałszywy krok czy ruch, żeby ją przekroczyć”. To wtedy też i tam swój lęk przed śmiercią pokonały Vera Watson i Alison Chadwick-Onyszkiewicz, które zginęły. Jak pisał Kępiński, gdy lęk rośnie, niebezpieczeństwo wydaje się coraz większe, ale i odwrotnie: lęk maleje i niebezpieczeństwo wydaje się mniejsze.

Graniczne momenty

Carl Ransom Rogers amerykański psycholog i psychoterapeuta, jeden z głównych przedstawicieli psychologii humanistycznej uważa, że przeżywanie lęku przed śmiercią jest naturalne, i że najczęściej nie dociera do naszej świadomości myśl, że to życie się skończy. — Ten lęk w różnych formach nam towarzyszy, ale też dociera do nas w kluczowych momentach – mówi psycholog, Dorota Skrajna.

Te graniczne momenty to na ogół: bezpośrednie zagrożenie życia, śmiertelna choroba własna lub osoby bliskiej, czy śmierć kogoś bliskiego. Wtedy nie tylko borykamy się ze stratą, ale też zderzamy się z refleksją, że wszystko ma koniec, również nasze życie. – Ludzie różnie to przechodzą. Mimo że wiedzą, iż po życiu jest śmierć, że każdy umrze, bezpośrednia konfrontacja okazuje się zupełnie nowym, głębokim przeżyciem – mówi Dorota Skrajna.

Refleksja, że życie jest krótkie, że mamy czas ograniczony jest dla nas dobra czy zła? – W momencie krytycznym każdy inaczej sobie radzi. Lęk i uczucia z nim związane: ból, żal, gniew, bywają zablokowane. Efekty tego mogą być dwa – mówi psycholog, Dorota Skrajna. – Jeśli sobie z tym momentem nie poradzimy, może on prowadzić nawet do nałogu, depresji czy do utrwalenia się lęku przed śmiercią i przełożenia na innego rodzaju lęki czy fobie. Jeżeli jednak przejdziemy przez ten lęk, oswoimy wszystkie emocje z nim związane: poczucie zagrożenia, gniew, ból i żal, to na ogół doświadczymy pełniejszego życia i co niektórych zdziwi, większej niż dotychczas radości życia. Oczywiście to nie stanie się od razu a w wyniku procesu oswajania się i pełnego przeżycia tego co się stało i myśli z tym związanych.

Na czym ten proces polega? Jak wyjaśnia psycholog Skrajna, jedyne co możemy zrobić, to pozwolić sobie przeżywać wszystko co się dzieje, niezależnie od tego jak bardzo jest dla nas bolesne. Warto wtedy nie tylko szukać wsparcia wśród najbliższych, ale i sposobów na to, żeby być dla siebie dobrym, zadbać o siebie.

– Należy też szukać sposobów na zmniejszenie lęku przed śmiercią. Poczucie bezpieczeństwa da nam codzienna praca, angażowanie się w życie, zajęcie się wnukami, pomoc dzieciom, czy pogłębienie swojej religii i wiary w kontynuację życia po śmierci – mówi Dorota Skrajna.

Bezradni wobec życia, silni w obliczu śmierci

Czasem, jak mówi Dorota Skrajna, człowiek czuje się bezradny wobec życia i zaczyna myśleć o śmierci. Ponieważ wewnętrznie cierpi, pragnie umrzeć. Ale są też tacy, którzy mają w sobie tak grubą linię obrony, że nie dopuszczają do siebie lęku przed śmiercią, mimo że jest naturalny. Np. ludzie, którzy dowiadują się, że cierpią na śmiertelną, nieuleczalną chorobę, nie słyszą tego jednego zdania dotyczącego beznadziejnych rokowań. Niektórych informacja o nieuleczalnej chorobie mobilizuje do walki o życie, a niektórych zbija z tropu, spycha ze ścieżki życia. – Ludzie znają co najmniej dwa sposoby mobilizowania się w obliczu ciężkiej choroby – mówi Dorota Skrajna – Jeden, to wiara w swoje umiejętności radzenie sobie w każdej sytuacji. Wierzą, że ich śmierć w tej chwili nie dosięgnie, że przezwyciężą chorobę. Drugi sposób, to poddanie się przekonaniu, wierze, że istnieje jakaś siła, która nas ochroni. Na przykład Bóg. A jeśli nawet Bóg ich nie uchroni przed śmiercią, to pozwoli nadać głębszy sens ich życiu i śmierci. Czasem jednak – jak mówi psycholog – w sytuacji konfrontacji z umieraniem i wiara może się załamać. Z lęku przed tym, co wydarzy się po śmierci.

– W dzisiejszych czasach mamy wpływ na to, żeby pewne symptomy starzenia się opóźnić, ale nie mamy wpływu na nieuchronność śmierci – przypomina Dorota Skrajna. – Im więc wcześniej zaakceptujemy przemijanie ciała, jego śmiertelność, słabość, to, że nie mamy wpływu na to co się z nami dzieje, tym łatwiej będzie nam żyć bez chorobliwego lęku przed śmiercią.

Cmentarz ewangelicki na Boemlo w Norwegii.
Cmentarz ewangelicki na Boemlo w Norwegii. Fot. Tadeusz K. Kowalski

„Lękliwy stokroć umiera przed śmiercią; mężny kosztuje jej tylko raz jeden”, powiedział szekspirowski Juliusz Cezar.

Nie podmieniajmy dzieciom zwierzątek

Niektórzy rodzice, gdy zdechnie ulubiona przez dziecko akwariowa rybka czy chomik, nocą poszukują podobnego zwierzaka, by dziecka z rana nie zasmucać, by nie odczuło bolesnej straty. – To błąd. Dzieci powinny się oswajać z tym, że zwierzątko umiera, że to naturalna część życia. Jeżeli dziecko zacznie się tego uczyć na etapie zwierzątek, to łatwiej będzie mu się w przyszłości oswoić ze śmiercią kogoś bliskiego. To jest ważny element rozwoju. Nie tylko się nie da, ale nawet nie powinno się próbować uchronić dziecko przed tego rodzaju, trudnymi przeżyciami – ocenia Dorota Skrajna. Dodaje, że dzieci często dobrze sobie radzą z trudnymi sytuacjami. Nie ma powodu, żeby im nie mówić o śmierci wprost. Wręcz są zalecenia, żeby mówić o śmierci konkretnie bez uciekania się do eufemizmów czy niedomówień.

Dawniej dzieci wiedziały, że mięso, które jedzą jest ze zwierzęcia zabitego podczas polowania, albo wyhodowanego w gospodarstwie. Dziś jedzą parówkę ze sklepu lub „konserwę”. Tym bardziej należy nazywać rzeczy po imieniu. Mówienie małemu dziecku, że dziadek „odszedł” albo „zasnął” może okazać się niebezpieczne. Choćby dlatego, że skoro dziadek wciąż nie wraca, dziecko może bać się oddalenia na jakiś czas rodzica, żeby go nie stracić czy będzie bało się zasnąć, żeby nie odejść jak dziadek. Takie stwierdzenia generują u dziecka różne lęki.

Gdy ktoś w rodzinie umrze, ważne żeby być przy dziecku, by być gotowym na wciąż nowe pytanie i na nie odpowiadać wprost, ale na miarę wieku dziecka. Gdy zapyta mamę czy ona też umrze, nie należy dawać pochopnych obietnic, że nie, a jedynie oddalić to zagrożenie, mówiąc, że jak wszyscy, ale wiele lat jeszcze upłynie, mama będzie już stara, ba, pytające ją dziecko będzie już stare i będzie miało swoje dzieci. – Gdy cała rodzina siedzi w pokoju i płacze po stracie ukochanej osoby, a dziecko skazane jest na domysły, to może być dla niego bardzo trudne doświadczenie. Może też sprawić, że dziecko zacznie się zastanawiać co złego zrobiło. Na czym polega jego wina w tym, że wszyscy, których kocha płaczą – tłumaczy Dorota Skrajna.

Uwaga! Dziecko wymaga utulenia w smutku. Nie ma powodu, by unikać wspominania zmarłego. Ani nie wolno denerwować się tym, że dziecko popłacze i zaraz pójdzie się bawić. Dla dzieci zabawa jest sposobem oswajania świata. Również tego, że umarł tata czy babcia.

 

 

Więcej o Wandzie Rutkiewicz,  B. Rusowicz, J. Bandurska; Annapurna. Pięćdziesiąt lat wypraw w strefę śmierci, Reinhold Messner, Annapurna. Góra Kobiet,  Arlene Blum; Lęk,  Antoni Kępiński, Uciec jak najwyżej. Nie dokończone życie Wandy Rutkiewicz, Ewa Matuszewska

 

 

 

 

Dla mnie nowa Polska polega na tym, że Artystyczna Policealna Szkoła Ceramiki w Warszawie przy Chełmskiej udostępnia swe pracownie dla każdego, kto taką twórczość chce uprawiać.

Ceramika dla każdego
Tworzenie przedłuża życie. Daje szczęście. Pozwala znaleźć miłość.

Możesz tu przyjść i za nieduże pieniądze skorzystać z pomieszczeń i wyposażenia.

Chcesz tworzyć ceramiczne cacka? Nie trzeba widzieć, żeby poczuć się artystą na Chełmskiej
To piękne, że nie trzeba widzieć, żeby poczuć się artystą na Chełmskiej.

Możesz też przywieźć surowe prace, by je wypalić w tutejszych piecach.

Pracownia ceramiczna dla wszystkich.Chcesz tworzyć ceramiczne cacka? Nie trzeba widzieć, żeby poczuć się artystą na Chełmskiej
Chcesz tworzyć ceramiczne cacka? To da się zrobić.
Pracownia ceramiczna dostępna dla wszystkich. Przy Chełmskiej w Warszawie
Pracownia ceramiczna dostępna dla wszystkich.
Chcesz z ceramiki zrobić rzeźbę Zamek? Dzban? Chełmska w Warszawie
Tu można zrobić ceramiczną rzeźbę, zamek, dzban!
Ulepić takie popiersie, to jest coś. Nie musi być podobne do nikogo. Może dlatego jest piękne?
Ulepić takie popiersie, to jest coś.

A na dodatek wszystko jest na parterze obrzydliwego gmachu Studia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych przy Chełmskiej, które w ten sposób próbuje związać koniec z końcem. To też pozytywny dowód na dobrodziejstwo wolnego rynku.

Fot. Tadeusz K. Kowalski

 

1200 zł emerytury dla matki piętnaściorga dzieci, za to, że ich z mężem nie zabili i nie ukryli w beczkach, mnie oburza. Może kobietom z miast da ziemię, żeby na niej jakieś jedzonko zielone mogły uprawiać i kurki, gąski tudzież kaczuszki hodować i krówkę wykarmić?!!
Może kobietom z miast premier da ziemię, żeby na niej jakieś jedzonko zielone mogły uprawiać i kurki, gąski tudzież kaczuszki hodować i krówkę wykarmić?!! Fot. Tadeusz K. Kowalski

Pewnie znacie ten list napisany przez kobietę-sołtys do kobiety-premier, by kobiecie dzieciorodczyni dała emeryturę. Chodzi o Grażynę z Puszczykowa, matkę piętnaściorga dzieci. „Grażynka od dzieci" będzie dostawać od państwa 1200 złotych co miesiąc.
Gadanie, że Grażynka pracowała, bo rodziła, karmiła i opierała dzieci (na resztę tzn. wychowanie nie miała czasu), nie wzrusza mnie wcale. Jak się ma to do prawnego wymogu zgromadzenia emerytalnego kapitału? Przecież państwo nie daje nam emerytury, tylko oddaje (często mniej), to co zabrało w postaci składek emerytalnych!!!!

Może pani premier litościwa, matka matek cierpiących ulży też innym? Może kobietom z miast da ziemię, żeby na niej jakieś jedzonko zielone mogły uprawiać i kurki, gąski tudzież kaczuszki hodować i krówkę wykarmić?!!

No dawaj!!! Bo za chwilę jak przyjdą następni, to nie będzie co rozdawać. Po totalnej plajcie nawet wiatr nie przewraca i nie przerzuca resztek. Po prostu ich nie ma.

Najstarsza z córek Grażynki mówi, cytuję za „GW” – „cieszymy się ogromnie” (z emerytury dla matki). Każde z tych piętnaściorga dzieci pewnie się cieszy ogromnie. Gdyby każde z nich dało rodzicom po 100 zł miesięcznie, mieliby dodatkowo 1500 zł miesięcznie bez szastania naszymi pieniędzmi przez panią premier. Grażynka z mężem nadal przecież żyją na wsi. Jak wykarmili piętnaścioro dzieci, to dla nich dwojga, to co uprawią i wyhodują plus emerytura męża, aż nadto.

Ewa Kopacz powiedziała, że „nie ma takiej skali, w której mogłaby umieścić wysiłek tej kobiety” – no cóż, nie zna życia kto rzadko wysiada z pociągu lub samochodu.

Co powiedzieć kobietom z miast, które urodziły mniej dzieci, ale pracowały i wychowywały je, bez pietruszki z ogródka i jajka z kurnika? Wypada im życzyć, żeby następnym premierem też była kobieta, zabiegająca o poklask.

Ja natomiast młodym Polakom płci obojga życzę szerokiej drogi. Byle dalej, od tego chorego kraju. Dla mnie już za późno. Zdecydowanie za późno, a nie jak u Edwarda Stachury, który w refrenie daje nadzieję „nie jest za późno”. Upieram się: „jest już za późno”.