Archiwum z miesiąca: Czerwiec 2015

30. 06. 2015 r. Trzy razy „S”.

1 rsz_dscf6053

Fot. Tadeusz K. Kowalski

Po pierwsze: odpadają a raczej wypadają z obiegu samochody ze złymi hamulcami.

2 rsz_dscf6050

Fot. Tadeusz K. Kowalski

Po drugie: zagapienie się zostaje należycie ukarane, prawie tak należycie, jak zostaje ukarany dobry uczynek.

3 rsz_dscf6049

Fot. Tadeusz K. Kowalski

Po trzecie: nie należy walić w dupę silniejszego.

Dodatkowa informacja: kierowcą był tym razem mężczyzna. Taki co nie dba o muskulaturę ani o koncentrację.

Wciąż nie widać postępów przy rewitalizacji dwóch ocalonych oficyn bramnych Hali Targowej na Koszykach w Warszawie. Ale prace na terenie budowy wydają się żwawe. Wokół hali – niestety nie przeznaczonej do pełnienia funkcji hali La Boqueria z La Rambli w Barcelonie – mają być następne biurowce.

paniEla 005

Fot. Tadeusz K. Kowalski

Czy Elżbieta Wichrowska – właścicielka zakładu fryzjerskiego pod nr 64 na Koszykowej przetrwa najazd kołnierzyków i garsonek w szpilkach? Myślę, że nie. Bo czy ktoś wpadnie do zakładu nie z tej epoki i nie z tej planety tylko dlatego, że Marszałek Piłsudski w nim się strzygł? Odpowiedź też brzmi „nie”. Pani Ela jednak może i tak wygrała w życiu swój drugi los na loterii. Cegły, które wzięła na pamiątkę podczas rozbiórki hali zapewne już wzmacniają jej poczucie szczęścia.

 

Koszyki 187

Fot. Tadeusz K. Kowalski

Trzeba bowiem wiedzieć, że pani Ela Wichrowska w życiu generalnie ma fart.

Pierwszy los na loterii

– Zawsze wiedziałam, że chcę być fryzjerką a nie jak chciał tata, agronomką – mówi kobieta rodem z Łomży. To ciocia powiedziała Eli, że pani Irena Zysk szuka uczniów do zakładu. – W tym czasie było nas trzy uczennice – wspomina Elżbieta Wichrowska. Mimo że szefowa proponowała jej stałą pracę, pani Ela wyjechała do Warszawy. Żeby spełnić swoje marzenie. Zatrudniła się w 1973 roku w zakładzie Ludwika Kowalewskiego. W 1983 r. zaproponował jej , żeby kupiła od niego zakład. – Ja czesałam i strzygłam, układałam fale, a mój mąż Marek (zmarł w 1978 r.) siedział na zapleczu z szefem i rozmawiał. Już po śmierci męża, pewnej soboty, szef zapowiedział, że chce ze mną porozmawiać. Trochę się wystraszyłam, bo już było późno. Koło godz. 19. A on zaproponował mi wtedy, żebym kupiła od niego zakład. Nie miałam tyle pieniędzy, a poza tym szef miał bratanicę, którą wyszkolił na fryzjerkę – Bogusię. Do tego kuzyn żony szefa – Sławek – był też fryzjerem. Zapytałam czy oni nie będą mieli o to pretensji? Powiedział, że oni zakład zmarnują, a ja nie.

I Elżbieta Wichrowska spłaciła lokal w ratach. Były szef jeszcze przez 10 lat z nią pracował. Czasem na ratę spłaty za lokal, pani Ela pożyczała pieniądze od swoich uczennic.

Drugi los na loterii

Czy przyszedł czas na kumulację? Dziś w 2015 r., naprzeciwko zakładu fryzjerskiego, rośnie coś niewyobrażalnego. W czasach komuny i jej pustych półek pani Ela dzięki hali, zawsze miała dobre zaopatrzenie. Przecież znała wszystkich sprzedawców po imieniu. Dziś kołnierzyki i garsonki pewnie nie przyjdą do niej po nową fryzurę. Chyba, że jeden z nich wpadnie, żeby odkupić lokal. Pani Ela o tym nie mówi, ale czuje się, że o tym wie. Przecież zawsze w życiu ciągnie pełne losy .

rsz_koszykowa_013

Fot. Tadeusz K. Kowalski

*Hala Targowa Koszyki w Warszawie oficjalnie została otwarta w marcu 1909 r. Oszklona konstrukcja stalowa dwukondygnacyjnego budynku z wieżyczką i krętymi do niej schodami nawiązywała do ówczesnej w Europie mody na secesję. Halę projektował 33 - letni architekt z pokaźnym już dorobkiem, Juliusz Dzierżanowski. Teren przeznaczony na halę był niewielki i w kształcie trójkąta - narzucał oszczędność w architektonicznej wizji. Powstała hala w kształcie podkowy z dwiema wysuniętymi ku ulicy nawami. Dzięki cofnięciu frontu budynku mogły na dziedzińcu hali stawać wypełnione towarem wozy, nie zastawiając innych na ulicy. Wnętrze hali zaplanowano w najdrobniejszych szczegółach. Wszystko tworzyło harmonijną całość. Dziedziniec wybrukowano kostką, a na froncie i z tyłu budowli (od strony podwórka) zamontowano identyczne secesyjne bramy.

 

Galeria zdjęć z Koszyków w Warszawie, czerwiec 2015 r.

 

Na moją uwagę, że nie mogę się dzwonić do biura obsługi klienta (BOK) ponieważ nie znam swojego kodu abonenta, Alicja Skórzyńska, doradca ds. obsługi klienta biznesowego pisemnie m.in. proponuje, żebym zadzwoniła w tej sprawie pod nr *600.

orangeIMG_0001

Rada zacna dla kogoś, kto nie może się dodzwonić, bo nie zna swojego kodu bez którego nie da się uzyskać połączenia z BOK. To tak jak w czasach częstego wyłączania w domach prądu wpadałam na pomysł, żeby wyprasować zaległe pranie.

Orange jednak zademonstrował mi swoją siłę i zmobilizował mnie do zintensyfikowania poszukiwań pierwszej z nim umowy. Wystarczyło, żebym dostała fakturę opiewającą na znacząco wyższą kwotę niż się spodziewałam. Żeby nie iść do biura obsługi klienta i nie wysiadywać tam w kolejce, zawzięłam się i znalazłam dokument z przyznanym mi kodem abonenta (wówczas jeszcze do niczego nie służył).

Opłata za gotowość

Telefonicznie dowiedziałam się, że wątpliwe dla mnie 46,50 zł na fakturze to opłata za Internet, który wraz z tabletem za złotówkę był połączony z ofertą gwiazdkową. Ofertę zaaprobowałam, tablet całkowicie i nieodwracalnie wysiadł po kilku miesiącach używania i z niego nie korzystam. Pytam więc, za co płacę? Za świadczenie usługi internetowej połączonej z numerem przyznanym na tablet, którego nie da się używać. To tak, jakby szewc z ul. Podchorążych pobierał ode mnie comiesięczną opłatę za świadczenie mi usług w postaci naprawiania moich butów a pralnia z ul. Gagarina za pranie ubrań. Mimo że butów do szewca nie noszę ani ubrań do pralni. Lista firm usługowych, które mogłyby podpisać ze mną umowę na gotowość świadczenia mi usług może być naprawdę długa.

Wysokość frycowego w Orange

Okazało się, że te 46,50 zł mam płacić do 13 grudnia 2016 r. Umowę mogę zaś rozwiązać, jeśli zapłacę 1767 zł. Gdybym chciała całkiem się obrazić na Orange, musiałabym jeszcze dopłacić dodatkowo 1852 zł za rezygnację z telefonu komórkowego (umowa ważna do lipca 2017).

Policzyłam i wiem, że nie opłaci mi się płacić tak wysokiej ceny za rozstanie z Orange. Poczekam więc aż wygasną mi umowy.

Kara za lenistwo

Poniosę karę za to, że przez 13 lat płacę temu samemu operatorowi. Bo telefon w rodzinie jest od 2002 r. – najpierw używał go mój syn, gdy był na moim utrzymaniu. Tak czy siak to z mojej kieszeni przez 13 lat opłacałam rachunek za telefon. Licząc skromnie po 100 zł miesięcznie, zapłaciłam dotąd operatorowi 15 600 zł. Gdybym żyła poniżej średniej długości życia kobiet w Polsce, czyli do 80. roku życia i płaciła na starość mniejsze rachunki, np. w wysokości 60 zł, zapłaciłabym temuż operatorowi jeszcze 16 560 zł. Ale po wygaśnięciu obecnych umów już nie zapłacę mu ani złotówki. Nie wiem tylko jak przetrzymam nękające mnie telefony z nowymi „korzystnymi ofertami” przygotowanymi dla najlepszych klientów – jak mówią sprzedawcy. Ostatnio zaproponowano mi Internet mobilny z super laptopem. Umowa na 36 miesięcy, 99,68 zł brutto miesięcznie. Na pytanie czy mogę wcześniej rozwiązać umowę, dowiedziałam się, że tak. Zapytałam na jakich warunkach? Będę musiała dopłacić tyle ile pozostanie do 36 miesięcy świadczenia mi usługi. Bo w Orange jest jak w Matriksie. Wszystko idzie według planu. A ja, jak widać, nauczyłam się zadawać właściwe pytania. Że drogo za to zapłacę? Cóż, nie na darmo się mówi, że nauka kosztuje.

W poniedziałek rano, 8 czerwca 2015 r., po weekendzie trwającym aż od Bożego Ciała, wysiadłam z autobusu nr 146 na ul. Wójta Radtkego w Gdyni bez torby z moim laptopem w środku.

Jadąc na dworzec położyłam ją na siedzeniu i nawet nie zdejmując z ramion plecaka przysiadłam. Miałam wystarczający zapas czasu, by zdążyć na pociąg do Warszawy. W lewej ręce trzymałam uchwyt małej walizki na kółkach a z ramienia zwisała mi torebka. Tadeusz, z którym wybieraliśmy się w tę krótką podróż, z małą walizką, pokrowcem z kijami do nordic walking, aparatem fotograficznym i plecakiem na grzbiecie stał tuż przy drzwiach autobusu. Gdy w końcu się otworzyły, wysiadł pierwszy, a ja za sporą grupą ludzi śpieszących do pracy. Dopiero po kilku krokach zorientowałam się, że coś nie gra z moim bagażem. Krzyknęłam: „nie mam komputera!” Tadeusz pobiegł z powrotem na przystanek a ja stanęłam z naszymi wszystkimi klamotami pod kioskiem patrząc w przeciwną stronę, żeby nie zapeszyć. Magiczne myślenie nie pomogło. Zziajany Tad wrócił z pustymi rękami. Wsiadając do taksówki z grymasem cierpienia na twarzy i śladami łez, poprosiłam, by taksówkarz żwawo jechał za autobusem 146, bo zostawiłam w nim komputer. Ruszyliśmy. W kierunku ­– jak usłyszałam – Rewy. W samochodzie nagle zwątpiłam. Skoro nikt za mną nie zawołał, że zostawiam w autobusie pokrowiec z komputerem, to może miał go już na uwadze? Taksówkarz spytał, o której odjeżdża nasz pociąg. Odjechał. Minęliśmy autobus 119, 150, trzeci to był 146. Poprosiłam, by taksówkarz zatrzymał się przed nim. Ten wjechał na chodnik a ja niemal w biegu wysiadłam machając do kierowcy autobusu ZKM. Nie ustawałam machać, gdy on wrzucił lewy kierunkowskaz. Kiedy dopadłam przednich drzwi autobusu, jednak otworzył je. „Zostawiłam w tym autobusie komputer” powiedziałam kwestię, która – słyszałam – zabrzmiała beznadziejnie. Kierowca spojrzał na mnie takim samym wzrokiem. Kątem oka widziałam obojętne spojrzenia innych. Ani drgnęłam. Kierowca powoli sięgnął za swoje siedzenie i wyjął stamtąd mój komputer mówiąc: „ma pani szczęście”.

Tak, miałam szczęście, że któryś z pasażerów autobusu zaopiekował się moją zgubą. Nie tylko nie przywłaszczył jej, ale i wziął za nią odpowiedzialność: oddał kierowcy. Dziękuję ci pasażerko, dziękuję ci pasażerze.

Czy to się mogło zdarzyć w Warszawie, w Krakowie lub w Łodzi? Zdarzyło się w Gdyni. W mieście, w którym samochody jeżdżą z naklejkami „Gdynia moje miasto”.

rsz_dscf5144