Jesienne porządki na Iwickiej w Warszawie. fot. Tadeusz K. Kowalski
Zawsze lubiłam napis na tabliczce Włóczykija z historyjek Tove Jansson o Muminkach: „Zabrania się zabraniać”. Ale jak dziś ma się zachować matka, której dziecko chce wejść w kupkę liści przeznaczonych do plastikowego wora? Głupie pytanie. One (dzieci) dziś czasem wręcz nie lubią szurać w liściach, nie lubią liści (Jak tu brudno! – mówią). Z mojego dziennikarskiego śledztwa wynika, że nawet nie chcą zbierać kasztanów! No, chyba, że pani w przedszkolu lub w szkole każe. Świat kasztanowy i liściasty chyli się ku upadkowi.
Czas szykować orzeszki laskowe w łupinkach. Wiewiórki robią zapasy na zimę. Fot. Tadeusz K. Kowalski
Z wiewiórkami w Królewskich Łazienkach w Warszawie, zaprzyjaźniłyśmy się. Szczególnie lubię mowę ich ciała. One rozumieją moją. Dziś kupiłam dla nich dwa kilo orzeszków. Gdy kucam z wyciągniętą ręką, na której leżą orzeszki laskowe, podchodzą. Mam na dłoni kilka, żeby mogły wybrać ten najlepszy. Wybierają. Potrafią liczyć! Bo jak jest więcej orzeszków, szybko zakopują tego wziętego i wracają po następny. Uwaga! Jesienią już są zainteresowane datkami. Gromadzą zapasy na zimę.
Dwa samoloty, którym udało się nie zderzyć. Bo są na różnych wysokościach! Fot. Tadeusz K. Kowalski
Trzeci listopada jest trzysta siódmym dniem w kalendarzu gregoriańskim stosowanym w Polsce od 1582 roku – na czterysta lat przed urodzeniem się mojego starszego syna Mateusza (liczone w latach).
Zaduszki - wszędzie, gdzie pomyślisz, że jakieś dusze zmarłych się błąkają - transcendentne nawet dla niespecjalnie wierzących i praktykujących. Fot. Tadeusz K. Kowalski
M.in. lubię to, że dzień jest niezobowiązujący. Żadne kościelne święto. Ani państwowe. Groby pięknie wystrojone. Przygasłe świeczki i lampki wystarczy rozniecić. A według pogańskich zwyczajów, rozpalanie ognisk na mogiłach ma ogrzać błąkające się po Ziemi dusze.
Cmentarz w Gdyni, Pierwoszyno. Fot. Tadeusz K. Kowalski
Każdy o kimś pamięta. Sprzątamy groby przed świętem pamięci, o tych którzy umarli. Niektórzy byli z nami, niektórzy byli przed nami. Jak my są cząstką wszechświata.
Na placu przed Muzeum Transportu w Coventry, pod dziwnym – dla mnie – „pomnikiem” są wbite w płyty, jakby główki olbrzymich nitów z nazwami miejscowości – głównie stolic. Dziś przyleciałam z powrotem do Warszawy.
Birmingham, Victoria SquarePrzy schodach prowadzących do Council House na Victoria Square w Birmingham są dwa stwory, które zastępują lwy położone przed innymi schodami do ratuszów w Europie. Powyżej pomnik patronki placu – królowej Victorii [1819-1901] – na tle Town Hall zbudowanego na modłę Partenonu w Atenach. Zdjęcie zrobione w brytyjskiej mżawce, w innych warunkach na pewno bardziej by dech zapierało.
Coventry Register Office. Fot. Tadeusz K. Kowalski
Coventry Register Office. Banalna funkcja budynku: rejestrowanie ślubów i zgonów. Zamysł architektoniczny kojarzy mi się z Ośrodkiem Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora Cricoteca w Krakowie. Dla mnie jeden i drugi budynek - piękny.
Na bramie do kościoła informacja, gdzie w Coventry znajduje się Wyborcza Komisja Obwodowa nr 225. Fot. Tadeusz K. Kowalski
Przed wyjazdem przez Internet poprosiłam o wpisanie mnie na listę głosujących w Coventry. Potem poszłam do dzielnicowego urzędu na Mokotowie, by wziąć kartkę do głosowania, ale okazało się, że już jestem wpisana na listę w Wielkiej Brytanii więc kartki nie mogę wziąć. Wow, jakie czasy, pomyślałam. Dziś szukając drogi do obwodu nr 225 znalazłam punkt do głosowania na tyłach (boku?) kościoła pod wezwaniem świętego Stanisława Kostki. [Jak na Dębnikach, gdzie Karol Wojtyła odprawiał swoją pierwszą mszę świętą i gdzie żaden bogobojny nie kupuje wystawionego przeze mnie do sprzedaży mieszkania]. Trwała jeszcze msza święta, gdy na ogrodzeniu kościoła odkryłam strzałkę wskazującą drogę do Komisji Obwodowej nr 225 przy Springfield Road. Jest 11.45. Właśnie podjechała karetka pogotowia. Ktoś kto głosował za zaściankową Polską poczuł wyrzuty sumienia i poprosił o reanimację?
Council House w Coventry jesienią. Fot. Tadeusz K. Kowalski
Najpierw się okazało, że zamiast siedzieć i czekać na otwarcie bramki, powinniśmy stanąć w kolejce, żeby być w pierwszej 90-tce. Nie byliśmy i wzięli moją walizkę do luku bagażowego, co mnie strasznie zdenerwowało, bo komputer miałam u Tadka (dla bezpieczeństwa, bo on ma twardą walizkę) a resztę – kable, myszkę itp. miałam w swojej walizce (żeby zmieścić się po 10 kg bagażu na głowę). Pierwszy raz lecieliśmy tanimi liniami lotniczymi więc rzeczywiście nauka kosztuje. Na lotnisku w London Stansted poradziliśmy sobie na piątkę, bez trudu znaleźliśmy autobus, na który kupiłam bilet w Internecie. Już przed samym Coventry tak padało i tak było czarno od chmur, że tylko niemo popatrzyliśmy na siebie. Na szczęście sprawdza się to, co czytaliśmy o tutejszej pogodzie: jest zmienna. Po godz. 16, jak wyszliśmy na miasto, nawet prześwitywało błękitne niebo i słońce.
Najbardziej przykre, że nie udało mi się zapłacić za hotel kartą kredytową, a taki był plan. Na szczęście przyszły pieniądze na inną kartę, bo bylibyśmy w czarnej dupie. A propos czarnej dupy. Chwilami tu zapominasz w jakim jesteś kraju i na jakim kontynencie.