Czas

Ciocia Lodzia kojarzy mi się z Mauricem Herzogiem – pierwszym w historii zdobywcą góry o wysokości powyżej ośmiu tysięcy metrów n.p.m. Chociaż ona pewnie uznałaby jego wysiłek za zmarnowaną energię.

W książkach o Milanówku Leokadia Noińska wspominana jest m.in. jako pierwsza listonoszka. Jeszcze zanim w miejscowości utworzono urząd pocztowy w 1924 r., Leokadia miała upoważnienie, by nosić raz w tygodniu pisma urzędowe i prywatne do Grodziska Mazowieckiego i przynosić pocztę milanowian.

W czasie II wojny światowej ukrywała przez pół roku w domu na Żwirki, w którym mieszkała z rodziną, troje Żydów – matkę z synem i córką. W kuchni, pod klapą w podłodze, w małej spiżarce. Ukrywaną trójkę nocą wypuszczała, by zaczerpnęli powietrza. Jak opowiada wnuczka Leokadii – Dorota Wojciechowska – udało im się przeżyć. W 1968 roku – jak wielu innych, wyjechali z Polski, ale odezwali się i zaprosili Leokadię do siebie. Ta jednak była już zbyt schorowana, by ich odwiedzić.

Wanda Wiśniewska, w książce „Milanówek Miejsce Magiczne” wspomina natomiast dzień, w którym jej ojciec Zygmunt Dąbrowski ps. Bohdan zorganizował akcję odbicia zatrzymanego przez Niemców ps. Siwego. Podczas strzelaniny, która się wywiązała, Niemcy – między innymi – zabili jej ojca przy posesji na ul. Krakowskiej 13. Matka, która była w pobliżu, biegła w stronę zabitego męża, ale właścicielka narożnej kwiaciarni Leokadia Noińska krzyknęła na nią kategorycznie, żeby natychmiast wracała do dzieci. I to ocaliło mamę Wandy Wiśniewskiej, jak sama nieraz opowiadała córce, bo zaraz nadjechali żandarmi niemieccy.

– Ciocię Lodzię, ponieważ była ode mnie o 60 lat starsza – zawsze postrzegałam jako starą kobietę. Gdy byłam u babci na wakacjach w Milanówku i przesiadywałam z nią w jej kwiaciarni, ciocia Lodzia wpadała po drodze skądś dokądś, witała się i pędziła dalej. Zapamiętałam ją jako niewysoką, drobną kobietę, lekko przygarbioną (pewnie miała osteoporozę, o której wtedy nikt nie wiedział albo nie mówił i nie pisał o niej), z siwymi włosami spiętymi w kok – włosami, jak to u Miąsków, pofalowanymi – zawsze w kolorowej (często w odcieniach żółci z zielenią, ale na pewno w kolorach świetlistych) bluzce, na ogół z żabotem i zawsze z broszką z kameą u szyi (no dobrze, nie zawsze, na zdjęciu ma akurat inną, ale zawsze broszka była).

Leokadia Noińska (1898-1979)
Leokadia Noińska (1898-1979)

Zachowało się też zdjęcie mojej babci Ireny – siostry Leokadii – z tą samą broszką, bo dostała ją w spadku po siostrze.

Irena Zaranek, młodsza siostra Leokadii z kameą po siostrze.
Irena Zaranek, młodsza siostra Leokadii z kameą po siostrze.

Kiedy spotkałam się z moją bliską kuzynką Ulą, by porozmawiać o historiach rodzinnych i wspomniałam o tym, jak pamiętam naszą ciocię Lodzię, Ula wstała, wyszła z pokoju, po czym po chwili przyniosła tę właśnie broszkę!

Broszka ta przebyła długą drogę: od cioci Lodzi, po jej siostrę Irenę, córkę Ireny - Teresę - do Uli, córki Tersy, która ją teraza ma.

Okazało się, że po śmierci naszej babci Ireny Zaranek, broszka trafiła do jej córki – Teresy Zarzyckiej, a gdy ona umarła, poszła w ręce z kolei jej córki – Uli.

Jeszcze w Krakowie, gdy podziwiałam na wystawie Desy lub komisu starą biżuterię, zawsze w pewnej chwili przechodził mnie dreszcz po plecach, gdy próbowałam odgadnąć jaką historię błyskotka ze sobą niesie? Czy nie ma w niej tragedii wojennej? Obozowej? Ta kamea jest jednak po prostu starą pamiątką w zwykłej – i pod pewnymi względami niezwykłej – rodzinie Miąsków.

Gdy jako dziecko bywałam w kwiaciarni babci i witałam się z ciocią Lodzią, ona się do mnie uśmiechała, ale chyba nigdy o nic nie pytała. O przepraszam, może czasem o to, jak się czuje moja mama – jej siostrzenica. Zwykle biegła załatwiać sprawy ważniejsze niż te, o których mogła jej powiedzieć dziewięcioletnia czy jedenastoletnia dziewczynka z Krakowa. Zapamiętałam, że do zwiewnych żabotów i broszki z kameą na ogół była ubrana w czarne lub ciemnoszare spodnie. To był koniec lat 60. Początek lat 70. XX wieku. Pamiętam też jej czarne buty, moim zdaniem męskie i dużo za duże, nawet wydaje mi się, iż słyszałam, że to buty jej męża lub po nim, ale dziś, gdy spotykam się z wnuczką Leokadii, Dorotą, ona mówi, że to były buty ortopedyczne, bo jej babci bardzo doskwierały haluksy.

 Więzy krwi

Gdy zadzwoniłam do wnuczki Leokadii, Doroty, żeby się umówić, przedstawiłam się jako wnuczka Ireny Zaranek (siostry jej babci). Moje imię i nazwisko nic by jej przecież nie powiedziało. Nawet nie byłam pewna czy kiedykolwiek się spotkałyśmy (z późniejszej rozmowy wynikło, że tak, w kwiaciarni, miałyśmy już swoje młode, ale dorosłe lata). Po tym jak umówiłyśmy się na spotkanie w Milanówku w domu Doroty, wyszła na ulicę, żeby mną pokierować, bo nie mogłam trafić. Pomachałam na powitanie komuś, kto się pojawił z dala na chodniku, ona odpowiedziała podobnym gestem. Im bardziej się zbliżałam do niej , tym bardziej mi się chciało śmiać. Oto spotykają się wnuczki sióstr. Jedna już babcia, a druga babcia potencjalna. Szybko zrobiło się tak, jakbyśmy się znały zawsze.

Kiedy dołączyła do nas na chwilę córka Doroty, Iza ze swoją kilkumiesięczną córeczką Hanią, Dorota przedstawiła mnie: „a to twoja ciocia”. Iza pocałowała mnie w policzek i to było miłe, ale też pomyślałam o kole ludzkich historii. Mnie też bowiem podczas wakacyjnych pobytów w Milanówku co rusz babcia w kwiaciarni mówiła, że ktoś, kto wszedł jest moją ciocią, wujkiem, kuzynką lub kuzynem i ja witałam ją lub jego pocałunkiem w policzek. Ci liczni nieznajomi, którzy byli rodziną, mnie konsternowali. Nie mogłam się połapać kto jest kto. Łatwiej było im tu na miejscu w Milanówku, ja tylko przyjeżdżałam raz w roku na wakacje. A tu rodzina, to nie tylko byli najbliżsi, ale wszyscy pochodzący od wspólnej prababki. Czasem trudno wyjaśnić kim ci ludzie są dla siebie, ale oni siebie traktują jak rodzinę. To niewątpliwie zasługa córek mojej prababki, sióstr: Leokadii, Anny, Ireny, Zofii i Henryki.

Dzieci sióstr mają jednego ojca

To, że najstarsza siostra mojej babci, Leokadia Noińska, urodziła się w 1898 roku we wsi Góry, powiecie Mińsko-Mazowieckim, jest pewne. Zachowało się niedokończone CV mojej cioci-babci, wtedy zwane „życiorysem”. Leokadia napisała, że pochodzi z rodziny rolniczej. Ale też pisała ten życiorys w czasach, kiedy lepiej było napisać „z rodziny rolniczej” albo „robotniczej” niż ziemiańskiej. Napisała, że gdy miała 5 lat – jej rodzice, Aleksandra i Ignacy Miąsek – przenieśli się do miasta i ojciec zajmował się drobnym handlem. W 1913 roku skończyła miejską szkołę w Mińsku Mazowieckim. A że było w domu ciężko, czworo młodszego rodzeństwa, piąte w drodze, w piętnastym roku życia musiała zacząć zarabiać pieniądze. Pierwszą pracę dostała w Warszawie w firmie [Wojcienko (?) – nieczytelne], jako pomoc sklepowa. Po wybuchu pierwszej wojny światowej wróciła do domu i w 1915 lub 1916 roku zorganizowała szkółkę we wsi Duchów w powiecie Mińsko-Mazowieckim. Wtedy zetknęła się z ruchem robotniczym. Należała do kółka dramatycznego w Kałuszynie, gdzie spotykali się ze sobą młodzi ludzie o socjalistycznych poglądach. Tam też poznała swego męża Władysława Noińskiego. W 1920 roku za swe lewicowe poglądy trafiła do aresztu, ale z braku dowodów wypuszczono ją. Przez 5 lat, aż do chwili aresztowania jej męża Władysława – więźnia politycznego – ukrywała się razem z nim – pod nazwiskiem Molińscy. Władysław zmienił nazwisko, żeby uniknąć więzienia. Ale mimo to, w styczniu 1925 roku aresztowano go. Leokadia została sama, bez pieniędzy, z dwojgiem malutkich dzieci. Hanka miała dwa lata a Tadek sześć miesięcy. Żeby wyżywić dzieciaki, pracowała, gdzie popadło: a to w kiosku gazetowym w Milanówku, a to u Baudenga, w piekarni, a jak tylko pojawiła się okazja, pojechała do Belgii, gdzie przez rok sprzątała, myła podłogi i paliła w piecach.

Leokadia przed wyjazdem do Belgii z córką Hanką i synem Tadkiem
Leokadia przed wyjazdem do Belgii z córką Hanką i synem Tadkiem

Nadszedł jednak wielki kryzys światowy i musiała wrócić do Polski, gdzie też nie było pracy. Do tego okazało się, że gdy była w Belgii jej mąż Władysław miał romans z jej młodszą siostrą Anną i ta zaszła w ciążę. Jej syn Mirek urodził się 1930 roku. Przez całe życie, odkąd o tym wiedziałam, zastanawiałam się jak mogły żyć w tym małym przedwojennym kurorcie dwie siostry z jednym ojcem swoich dzieci? Jak się czuły?

Ojciec dzieci dwóch sióstr

Władysław Noiński, ojciec dzieci dwóch sióstr

Odpowiedział mi na to pytanie niedawno Jacek, wnuczek Anny, matki nieślubnego Mirka. Otóż Ignacy Miąsek, głowa licznego rodu, w tym ojciec obu sióstr związanych dziećmi z jednym mężczyzną, wezwał wszystkich na posiedzenie rodzinne i gdy już się usadowili, powiedział: „dopóki nie dojdziemy do porozumienia, nie pogodzimy się, nie podejmiemy wspólnie decyzji co w tej sytuacji zrobić, nikt stąd nie wyjdzie”.

To, co kto wtedy powiedział, wykrzyczał czy nawet wyrzygał, poszło w zapomnienie. Stanęło na tym, że Leokadia z dwójką swoich ślubnych dzieci zostaje z mężem Władysławem, a Annie cała rodzina pomoże wychować syna Mirka. Szczególnie w tym wychowaniu miał uczestniczyć mąż Leokadii a ojciec też Mirka – Władysław Noiński. I uczestniczył.

– Po latach, co dobrze pamiętam, żadne siostry się tak mocno nie przyjaźniły jak one – opowiada Jacek. – Leokadia jak miała problem, przychodziła z nim najpierw do Anny.

Jacek miał kilka lat, gdy podczas zabawy z innymi dzieciakami z rodziny, w willi Stefanin, wołał na męża Leokadii, jak inne dzieciaki „wujku”. I ktoś – nie pamięta już kto – powiedział „Jacek, to twój dziadek”, „mów mu >>dziadku<<”. – Byłem strasznie dumny z tego powodu. Bożena – nasza kuzynka, wnuczka Zygmunta, mogła mu mówić tylko „wujku”– opowiada Jacek Miąsek.

Pamięta też jak podczas jednej z wizyt dziadek do babci zwrócił się per „Aniu”. W całej rodzinie wszyscy do niej i o niej mówili „Andzia”, „Andziu”, „Andzi”. A tu tak ładnie, „Aniu”. – To było dla mnie niezwykłe – wspomina Jacek.

A ja pamiętam opowieść mojej babci – według ówczesnego nazewnictwa „prywatnej inicjatywy” od 1945-6 roku – która po śmierci Władysława Noińskiego pojechała do Grodziska Mazowieckiego, a potem do Warszawy szukać żałobnych czarnych płaszczy dla sióstr – matek dzieci zmarłego Władysława. Niestety udało jej się kupić tylko jeden czarny płaszcz. W roku 1972 roku w Polsce, jak w innych krajach-satelitach Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (ZSRR) nie było łatwo kupić coś, co w danej chwili było potrzebne. Przyjechała więc do Milanówka z jednym czarnym płaszczem i zadecydowała: „w takiej sytuacji, w czarnym płaszczu na pogrzeb pójdzie prawowita żona”.

Kobieta, która żadnej pracy się nie bała

Po powrocie z Belgii, w czasach kryzysu, Leokadia wymyśliła, że będzie zarabiać na handlu. Najpierw sprzedawała gazety na ulicach Milanówka, a później „dzięki pomocy dobrych ludzi” (szczegóły nie są znane) założyła stoisko kwiatowo-owocowe (potem, to była pierwsza kwiaciarnia mojej babci – jak mówią, ci co ją pamiętają „kwiaciarnia Zarankowej”).

Leokadia, właścicielka pierwszej kwiaciarni w Milanówku
Leokadia, właścicielka pierwszej kwiaciarni w Milanówku

Leokadia swój kiosk prowadziła od 1930. W tym czasie sama też chowała dzieci, bo jej mąż Władysław siedział w więzieniu za mącenie ludziom w głowach socjalizmem. W pierwszych dniach wojny Władysława wypuścili z więzienia i razem jakoś udało się rodzinie przetrwać. W 1946 roku Leokadia współzakładała Koło Ligi Kobiet w Milanówku, któremu przez dwa i pół roku przewodniczyła. Gdzie tylko się dało, powoływała Koło Ligi Kobiet. Po siedemdziesiątce była równie ekstremalna jak jej dzisiejsze równolatki.

 

Trzecia od Prawej, siwa z koczkiem na głowie, to Leokadia Noińska
Trzecia od prawej, siwa z koczkiem na głowie, to Leokadia Noińska

Zamiast jednak wkładać na głowę moherowy beret, chwytała w dłoń sztandar Ligi Kobiet i pomagała babom w ich codziennym życiu. Nie modlitwą a żmudnym obchodem urzędów, które los tych biednych bab trzymały w garści. Ponieważ wyrzucona drzwiami, wracała oknem, często dla świętego spokoju urzędnik powstrzymywał np. eksmisję lub załatwiał komuś tani dach nad głową.

Rodzinna tragedia

Miała 62 lata, kiedy Jacek, siedmioletni chłopak, mijał ją w przejściu podziemnym stacji kolejowej w Milanówku. Ukłonił się cioci a ona ani drgnęła. Spostrzegł, że nigdy w życiu nie była tak smutna i dziwna. Nie śpieszyła się. Właściwie ledwo powłóczyła nogami. Potem usłyszał o czym rozmawiają wszystkie ciotki. Otóż syn cioci Lodzi (Leokadii) – Tadeusz Noiński, major Wojska Polskiego, który w tym czasie zasiadał w zarządzie klubu sportowego Legia, 6 lutego 1960 roku uczestniczył – jako współorganizator – w międzynarodowym turnieju bokserskim Polska – ZSRR.

Fotografia jest z innego meczu, w Jugosławii, ale to wciąż Tadek Noiński sprzed wypadku
Fotografia jest z innego meczu, w Jugosławii, ale to wciąż Tadek Noiński sprzed wypadku

Podczas walki na ringu jeden z czołowych zawodników Ričardas Tamulis (za cztery lata medalista olimpijski w Tokio) złamał rękę. Wujek Tadek, syn Lodzi, jako opiekun odwoził Tamulisa karetką pogotowia na ostry dyżur. Siedział obok kierowcy, gdy taksówkarz wjechał od jego strony w karetkę. Drzwi się otworzyły i Tadeusz wyleciał z impetem na chodnik, uderzając głową o jego krawędź. To dlatego jego matka Leokadia była zdruzgotana. Obrażenia jej 35-letniego syna były ogromne. Od głowy po inne części ciała. Cudem go uratowano. Był rok 1960 i mało komu robiono trepanację czaszki. Wujek żył jeszcze po niej 18 lat, ale nie był pełnosprawny. Podczas operacji uszkodzono mu mózg. Ciocia Lodzia przeżyła swego syna – ojca trójki jej wnucząt – o jeden rok.

Leokadia Noińska do końca swoich dni z wdzięcznością wspominała Stefana Rogalewicza, który mieszkał na Śląsku a w Milanówku posiadał dom letniskowy o imieniu Stefin. Kiedy klepała biedę i pod nieobecność uwięzionego męża komunisty nie miała gdzie z dziećmi się podziać, zaproponował jej, by wprowadziła się do jego domu. Mieszkała w nim aż do śmierci. Zwykła mówić, że to dzięki Stefanowi Rogalewiczowi nie została komornicą. Była mu dozgonnie za to wdzięczna.

Jak własnoręcznie napisała w swym życiorysie, który tylko w części się zachował: „zawsze” była „podporą dla męża walczącego od 20. roku XX wieku o socjalizm”. Dziś, to moim zdaniem, skompromitowane idee, ale wtedy za takie poglądy szło się do więzienia. Ciocia Lodzia, umierając w roku 1979 – w przeciwieństwie do gen. Wojciecha Jaruzelskiego – poprosiła o świecki pogrzeb.

Choć nigdy przecież nie poznała Marcela Herzoga, gdyby ją tylko zabrał ze sobą na Annapurnę, nie tylko by z nim weszła na szczyt, ale i pomogłaby mu z niego zejść, gdy już miał odmrożone stopy. Ale z drugiej strony, może uznałaby, że nie ma na taką przechadzkę czasu.

Zapraszam do galerii: