Sarna Rózia, w Łazienkach Królewskich. Fot. Tadeusz K. Kowalski
Dopiero po roku znajomości z Tadeuszem uwierzyłam w istnienie sarny w Łazienkach Królewskich.
Gdy razu pewnego zostawiłam nowopoznanego Tadeusza w Warszawie a sama pojechałam do swojego Krakowa, po powrocie opowiadał mi, że widział daniela w Łazienkach. Przez rok nad nim [Tadeuszem a nie danielem] znęcałam się, podczas spaceru w Łazienkach Królewskich, pytając żartobliwie w jakich okolicznościach tego daniela widział :). A potem okazało się, że w Łazienkach mieszka sarna – Rózia. Oto ona, teraz, jesienią. O Rózi więcej przy innej okazji.
Siesta kierowcy w Indiach. Fot. Tadeusz K. Kowalski
Na swoje usprawiedliwienie mam to, że od kilkunastu lat trzymam się starego adresu e-mailowego, żeby każdy, nawet po wielu latach rozłąki, mógł mnie znaleźć. Przez to jednak, jak wychodzę ze swej skrzynki pocztowej, pojawia mi się na ekranie – niestety – strona główna Onetu i tytuły artykułów. Dziś „Na żywo. Debata przedwyborcza o ochronie zdrowia.” Coraz więcej debat a nawet innych „aktywności życiowych” wykonuje się „na żywo”. Czy po tych wyborach będzie inaczej? Coś ciekawego zdarzy się już tylko po naszej śmierci? Nawet nie wypada rzec: „mam nadzieję, że tych czasów nie dożyję” – jak mawiali nasi przodkowie. Czysty purnonsens.
12 października, to dla mnie dzień spóźnionych motyli. Albo motyli długowiecznych. Ten, przysiadł pięć lat temu na balkonie w moim mieszkaniu naprzeciwko Wawelu. Mieszkania nikt wciąż nie kupił. Nawet motyle w tym roku – 2015 – nie wróciły. Znaczy – bessa.
Krótkie dni nie sprzyjają motocyklistom ani rowerzystom
Zobaczyłam stojący autobus migający żółtymi światłami awaryjnymi i dwa wozy strażackie plus jeden policyjny robiące kręćki niebieskimi światłami alarmowymi. Dyskoteka na przystanku Iwicka w kierunku Wilanowa. Spytałam jednego z gapiów co się stało. – Motor wpadł pod autobus – powiedział. – Skuter? – spytał przygodny słuchacz. – Ścigacz – odrzekł indagowany i od tej pory pisałam w głowie scenariusze. Karetka odjechała zanim przyszłam.
Ponad pięćdziesięciu muzyków amatorów – księgowych, prawników, lekarzy – którzy grają jak zawodowa orkiestra pod batutą profesora Wyższej Szkoły Muzycznej we Frankfurcie. Piękny świat muzyki symfonicznej. Cudny świat pasjonatów.
Eberhard Bäumler, dyrygent Orchester der Landesregierung Düsseldorf po polsku poinformował słuchaczy koncertu w studio Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie, że oto wystąpi orkiestra amatorska i że tylu w niej jest prawników i lekarzy, iż w przerwie za darmo można skorzystać z porady. Wysłuchaliśmy Chopina (instrumentacja Stokowski), Wieniawskiego, Schumanna, na bis Montiego. Było profesjonalnie metafizycznie i transcendentnie.
Może kobietom z miast premier da ziemię, żeby na niej jakieś jedzonko zielone mogły uprawiać i kurki, gąski tudzież kaczuszki hodować i krówkę wykarmić?!! Fot. Tadeusz K. Kowalski
Pewnie znacie ten list napisany przez kobietę-sołtys do kobiety-premier, by kobiecie dzieciorodczyni dała emeryturę. Chodzi o Grażynę z Puszczykowa, matkę piętnaściorga dzieci. „Grażynka od dzieci" będzie dostawać od państwa 1200 złotych co miesiąc.
Gadanie, że Grażynka pracowała, bo rodziła, karmiła i opierała dzieci (na resztę tzn. wychowanie nie miała czasu), nie wzrusza mnie wcale. Jak się ma to do prawnego wymogu zgromadzenia emerytalnego kapitału? Przecież państwo nie daje nam emerytury, tylko oddaje (często mniej), to co zabrało w postaci składek emerytalnych!!!!
Może pani premier litościwa, matka matek cierpiących ulży też innym? Może kobietom z miast da ziemię, żeby na niej jakieś jedzonko zielone mogły uprawiać i kurki, gąski tudzież kaczuszki hodować i krówkę wykarmić?!!
No dawaj!!! Bo za chwilę jak przyjdą następni, to nie będzie co rozdawać. Po totalnej plajcie nawet wiatr nie przewraca i nie przerzuca resztek. Po prostu ich nie ma.
Najstarsza z córek Grażynki mówi, cytuję za „GW” – „cieszymy się ogromnie” (z emerytury dla matki). Każde z tych piętnaściorga dzieci pewnie się cieszy ogromnie. Gdyby każde z nich dało rodzicom po 100 zł miesięcznie, mieliby dodatkowo 1500 zł miesięcznie bez szastania naszymi pieniędzmi przez panią premier. Grażynka z mężem nadal przecież żyją na wsi. Jak wykarmili piętnaścioro dzieci, to dla nich dwojga, to co uprawią i wyhodują plus emerytura męża, aż nadto.
Ewa Kopacz powiedziała, że „nie ma takiej skali, w której mogłaby umieścić wysiłek tej kobiety” – no cóż, nie zna życia kto rzadko wysiada z pociągu lub samochodu.
Co powiedzieć kobietom z miast, które urodziły mniej dzieci, ale pracowały i wychowywały je, bez pietruszki z ogródka i jajka z kurnika? Wypada im życzyć, żeby następnym premierem też była kobieta, zabiegająca o poklask.
Ja natomiast młodym Polakom płci obojga życzę szerokiej drogi. Byle dalej, od tego chorego kraju. Dla mnie już za późno. Zdecydowanie za późno, a nie jak u Edwarda Stachury, który w refrenie daje nadzieję „nie jest za późno”. Upieram się: „jest już za późno”.
Czy kapitalizm jest moralny? Pytają, choć nie są przecież zainteresowani tym, co myślisz. Fot. Tadeusz K. Kowalski
Czy kapitalizm jest moralny? Zapytali Tadeusza na ulicy, jakby pytanie takie było moralne, skoro nie oczekuje się w odpowiedzi wykładu. A przecież każdy, kto podchodzi z kamerą i mikrofonem i zadaje jakiekolwiek pytanie, albo kto podchodzi tylko z mikrofonem wręcz nie chce słuchać wykładu. Oczekuje krótkiej odpowiedzi. Tadeusz więc odpowiedział krótko: „Tak. I nie należy mu przeszkadzać”. Niestety nie dosłyszał, kto pytał. Nie da się więc sprawdzić czy gdzieś nie poszła odpowiedź: „Nie.[Pauza utkana z ciszy] Przeszkadza.” Wszystko na miarę potrzeb pytającego i jego zleceniodawcy.
Chleb wyszedł tak smaczny, że Dorota kupi sobie na niego foremki, tzw. keksówki. A skoro w Krakowie na keks mówi się cwibak, to może cwibakówki?
Moja siostra upiekła dziś pierwszy w życiu chleb [ciasto na ten moment też długo czekało: najpierw dwie godziny w misce a potem 12 godzin w formach].
Chleb powstał z mąki pszennej, płatków owsianych i otrąb pszennych oraz ziaren słonecznika, i łuskanych pestek dyni , a wszystko z dodatkiem soli i cukru. Poprosiłam o przepis, ale, żeby go wypróbować, muszę wziąć najpierw od Doroty zaczyn. Dostała go od żony kolegi, Wieśka, a ta, od swojej siostry, która przejęła zaczyn od rodziny, która z kolei go utrzymuje w formie od kilkudziesięciu lat. Jak? To proste. Gdy już ciasto wyrosło, Dorota odjęła mu trzy łyżki, wsadziła do słoika, mocno zakręciła i wstawiła do lodówki. Tę czynność będzie od dziś wykonywać co dwa tygodnie, żeby zaczyn żył. I okazuje się, że to zaczyn czegoś więcej niż chleb. To podtrzymywanie ogniska domowego i międzyludzkiego. Świeżym, smacznym chlebem bez chemii, miło się dzielić z innymi. Póki gorący.