Myślałam, że zakaz fotografowania obiektów wojskowych w dobie satelitów i map oglądanych online, to jakaś bzdura. I pewnie tak jest, ale rzeczywiście te obiekty na mapach google są zamazane. Zresztą 15 sierpnia fotografujemy Wojsko Polskie na ulicach Warszawy, a nie w obiektach zamkniętych!
Author Archives: Graz
Na pamiątkę bitwy na przedpolach Warszawy
Polacy przyjechali do Warszawy z różnych stron Polski, by w święto Wojska Polskiego stanąć z nim twarzą w twarz.
W defiladzie jechały m.in. różnorodne pojazdy opancerzone.
Samolot M-28 Bryza.
PZL-130 Orlik. Oblatany dziewięć lat po M-28 Bryza.
MiG-29. Po raz pierwszy wzniósł się w powietrze w 1977 roku. Wciąż współczesny myśliwiec frontowy.
Tak zamaskowany żołnierz, to tylko z oddziału specjalnego do mission impossible.
Ludzie stojący w grudniu 1960 roku na trasie przejazdu młodej pary – Baldwina I, króla Belgii i hiszpańskiej arystokratki Fabioli – oglądali parę przez prymitywne, zapewne wyprodukowane z myślą o tej sytuacji, drewniane peryskopy. Dziś trzeba na tłumne imprezy uzbroić się co najmniej w teleskopowy wysięgnik dla aparatu lub komórki.
Kilkuletni chłopczyk z flagą państwową zawsze budzi nadzieję, że jak dorośnie też będzie beztrosko świętował: bez kaptura na głowie, maski przeciwgazowej i petard.
W takich sytuacjach mnie zawsze najbardziej interesował ostatni szereg.
Fot. Tadeusz K. Kowalski
Jeśli dusza pragnie śmiechu, może nie zaspokoić potrzeb
Dwa razy mi się zdarzyło iść na komedię po zapowiedzi widzianej w kinie. Raz na „Słyszeliście o Morganach”, po tym jak zobaczyłam Hugh Granta przed niedźwiedziem a ekranowa żona z bezpiecznej odległości czytała mu jak się zachować w obliczu niebezpieczeństwa i drugi raz po tym, jak w zwiastunie „Człowieka, który się gapił na kozy” samochód z supermenami wpadł na olbrzymi kamień, a po oddaleniu się kamery zobaczyłam – jak inni widzowie – że rzecz wydarzyła się na pustyni.
Tym razem jednak, gdy pokazano mi psią kupę wędrującą – niczym podwójny batonik z reklamy – do muszli klozetowej, wiedziałam, że to film nie dla mnie. A mimo to, dałam się na niego zaprosić. Żeby się pośmiać. Jeden z kilku dobrych dowcipów w filmie „Czego dusza zapragnie”, to ten, w którym koleżanka po wysłuchaniu strasznej opowieści o naprzykrzającym się w zalotach pułkowniku, mówi ze zrozumieniem, że też miała faceta, który nie znosił sprzeciwu. Na pytanie co się z nim stało, odpowiada: wyszłam za niego za mąż.
Stworom nie z tej planety głosów użyczyła ekipa Monty Pythona. Psu – Robin Williams, którego to była ostatnia rola. Tak więc może to film dla kolekcjonerów?
Siła cudzej szczęśliwości
Za komuny mówili, że robotnik szczęśliwy jest. Teraz szczęśliwe są krowy. Doszło do tego, że dobre lody – jak przekonuje ich producent – są możliwe tylko na bazie mleka od szczęśliwych krów. Jak bada stan ich duszy? – chciałabym to wiedzieć. Bo przecież poczucie szczęścia, to kwestia subiektywna. Z każdą krową rozmawia inaczej?
Królewicze z bajki nie mają szans
Czy ważniejsze jest kim jest Mazarine Pingeot i jakie książki pisze, czy to, że jest nieślubną córką François Mitterranda?
Małgorzata I. Niemczyńska zadała Mazarine Pingeot w wywiadzie „GW” pytanie:
„Mam z tym problem: książka "Wpadki i wypadki Joséphine F." jest dość wyjątkowa w pani dorobku. Jak została odebrana? Zerwała pani w końcu z wizerunkiem "tej nieślubnej córki Mitterranda?”
Wcześniej w tytule wywiadu pada określenie „nieślubna córka Mitterranda”, a i w leadzie pada sformułowanie „nieślubna córka François Mitterranda”, i w pytaniu autorka ma czelność pytać czy Mazarine zerwała „w końcu” z „wizerunkiem >>tej nieślubnej córki Mitterranda<< ”? Za powtórzenia zwrotu „nieślubna córka François Mitterranda” przepraszam, ale on stanowi sedno tego tekstu.
Mnie osobiście zaintrygowała twarz Mazarine Pingeot na zdjęciu dołączonym do wywiadu – skojarzyłam ją z twarzą Juliette Binoche z „Niebieskiego” Krzysztofa Kieślowskiego. A jak zorientowałam się, że to francuska pisarka, zanurzyłam się w tekst.
Dzięki pytaniu „czy zerwała z wizerunkiem nieślubnej córki Mitteranda” przy jednoczesnym ogrywaniu tej charakterystyki rozmówczyni przez autorkę lub gazetę [bo autorka, może nie mieć z tym nic wspólnego] od razu przypomniało mi się jak po mękach pańskich „upraszczania” już uproszczonych i wynegocjowanych odpowiedzi z niejednym psychoterapeutą w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów Ekstra", obecna redaktorka naczelna (sierpień 2015) Aneta Borowiec, zapytała mnie w mailu:
„Mam wrażenie, że cała psychologia chce nam wyprasować duszę, żadnych zmarszczek i zmartwień - mamy być szczęśliwi i to w sposoby łatwy. Ale przecież nie na tym polega życie. Zresztą takie szybkie recepty zakładają, że jesteśmy strasznie prości, a więc na masową skalę – strasznie nudni. A nie jesteśmy i dlatego trudno znaleźć wspólny niski mianownik dla nas wszystkich. Co myślisz?” – spytała redaktorka naczelna pisma dla inteligentnych i wykształconych kobiet.
Odpowiedziałam, z pewną nieśmiałością, wszak im człowiek starszy, tym trudniej w mediach o robotę:
„Psychologia widzi same pomarszczone dusze i umysły i ich nie prasuje! Nie ma żadnej jednoznacznej odpowiedzi ani recepty na nic. Dlatego z dobrym psychologiem trzeba się namęczyć i długo z nim dyskutować, żeby coś móc napisać jednoznacznie, czego oczekują zleceniodawcy :)). Psychologia nam nie każe być szczęśliwymi [zresztą co to znaczy?] . Pomaga nam uchronić własną kruchość, posklejać się jak się rozsypiemy, uczy nas w trudnościach dostrzegać możliwości rozwoju. A już na pewno nie szuka wspólnych mianowników ludzi!"
W którymś z maili napisałam wprost: chyba temat o psychologii, która nam nie każe być zawsze szczęśliwymi na tę samą modłę, to nie do pism lifestylowych, które upraszczają rzeczywistość i myśl ludzką :).
Otrzymałam odpowiedź od Anety Borowiec, dotyczącą zgłoszonej przez nią propozycji tematu: „Może dla pism lifestylowych to nie jest temat, ale dla >>WOE<<, owszem”.
„Czy pani zerwała już z tym wizerunkiem nieślubnej córki Mitteranda?” – chciałoby się zapytać.
Jeśli straciliście wątek, to zapraszam do początku 🙂
Barbie na Czerskiej
Frankowiczowski szajs
Jak nazwać ustawę skrojoną pod zamożnych – w momencie brania kredytu – Polaków? Tu trudno nawet mówić o populizmie! Prędzej nasuwają się określenia typu „mafijne działanie ponadpartyjne” albo „głupota”, która też – niestety – jest ponadpartyjna.
Piszę „niestety”, bo gdyby wiadomo było z którą partią głupota się wiąże, można by było popracować nad wykluczeniem danej organizacji z życia społecznego.
Przecież po pierwsze, kurs żadnej waluty nie jest stały. Po drugie, dlaczego ktoś, kogo nie stać na kupienie sobie stumetrowego mieszkania zaciąga kredyt na tak dużą chatę? W normalnym świecie rodzina z dwójką dzieci lub małżeństwo, które tę dwójkę dzieci planuje mieć, wzięłoby kredyt na dwupokojowe mieszkanie ok. 50-60 metrów, a po spłaceniu go, gdyby je byłoby na to stać, powiększyłoby lokum.
Dlaczego ja i moi najbliżsi a także obcy mi najubożsi Polacy mamy płacić za czyjąś pazerność i brak wyobraźni?
Przecież za straty banków poniesione przez ustawę profrankowiczowską zapłacą wszyscy klienci tych banków. Również bezrobotni, którym na bankowe konto przelewa się zasiłek z naszego wspólnego budżetu. Każdy bank szczodrze rozdający przed laty kredyty we frankach szwajcarskich będzie teraz sobie odbijał stratę w różnych drobnych podwyżkach standardowych opłat obowiązujących wszystkich klientów. Nie rozumiem dlaczego większość społeczeństwa ma reperować portfele mniejszości, skoro to większość na ogół decyduje o wprowadzeniu i wyegzekwowaniu prawa. Coś chyba szwankuje z naszymi reprezentantami w Sejmie skoro bronią zdecydowanej mniejszości bez usprawiedliwienia, że bronią słabszych. Bo trudno mieszkańców stumetrowych mieszkań i stupięćdziesięciometrowych domów zaliczyć do kasty najuboższych i najsłabszych. Chyba, że na umyśle.
Niech teraz sobie sami pomogą. Na przykład dwie rodziny [albo trzy bezdzietne małżeństwa] niech zamieszkają w jednym apartamencie a z wynajmu pozostałych niech obsługują swoje kredyty. Rozwiązań jest wiele.
I w końcu pytanie najprostsze: gdyby frank szwajcarski trzymał się na tak niskim poziomie jak dziewięć lat temu, to czy posiadacze stumetrowych mieszkań i stupięćdziesięciometrowych domów podzieliliby się z resztą Polaków „nadwyżką” uzyskaną dzięki podjęciu ryzyka walutowego, które na siebie wzięli?
Czy następnym razem przyjdzie mi płacić za straty poniesione przez gracza giełdowego, który nie trafił w inwestycję i zamiast zarobić – stracił?
Mężczyzna z gitarą
Fot. Tadeusz K. Kowalski
Może nie ma dachu nad głową, ale wie kim jest. Ma gitarę, kilka gazet wyjętych z kosza na śmieci. To co w nich ważne, nie straciło na randze. Co się zdezaktualizowało, nigdy nie było godne uwagi. W cieniu wiaty przystanku autobusowego wyjmuje notes, by coś zapisać. Kilka nut natarczywie biegających po pięciolinii mózgu. Albo myśl ulotną na temat tego kim jest.
List otwarty Grażyny Lubińskiej do pani premier Ewy Kopacz, żeby nie uległa starej sympatii do aktora Olgierda Łukaszewicza, który może kiedyś ją zachwycał
PO pierwsze myślę, że to podpucha. Łukaszewicz wyzywa premier RP na pojedynek, prosząc o wsparcie 60-letniej aktorki-pierworódki sprawdza na ile premier „Słucha, rozumie, pomaga”. Mam nadzieję, że na tyle słucha i słyszy, iż wie, że premier nie jest od pomagania sześćdziesięcioletnim kobietom, które nie wiedzą skąd się biorą dzieci. Premier ma pojawiające się w państwie i społeczeństwie problemy rozwiązywać systemowo i nie ma tu nic do rzeczy czy jest kobietą, czy mężczyzną.
Co najwyżej – w odpowiedzi na list otwarty Olgierda Łukaszewicza – można rozpocząć prace nad przygotowaniem ustawy, która regulowałaby sprawę pomocy samotnym kobietom, którym na emeryturze [w wysokości poniżej trzech tysięcy złotych] należałby się zasiłek wychowawczy w razie urodzenia dzieci.
I koniec sprawy. Zresztą na pewno już niedługo, jak sześćdziesięcioletnia matka odstawi swe maleństwa od piersi, zaplecze kościelne nowego prezydenta wesprze tę biedną rodzinę.


















