
Kartka z kalendarza – Last minute przez życie wakacje w Afryce i inne podróże – z 28 lipca 2015 roku przeszła do historii. Po budynku a la Gaudi na dolnym Mokotowie, pozostała pustka.

Kartka z kalendarza – Last minute przez życie wakacje w Afryce i inne podróże – z 28 lipca 2015 roku przeszła do historii. Po budynku a la Gaudi na dolnym Mokotowie, pozostała pustka.
Co roku 1. września :((. Ktoś powie, że co roku jest też 5. marca albo 2. września, ale w tych i w wielu innych datach istnieje zalążek tajemnicy, czegoś niezwykłego, co może się zdarzyć, a po 1939 roku, 1 września, to po prostu następna rocznica wybuchu II wojny światowej. I właśnie w ten dzień dzieciaki duże i małe zaczynają nowy rok szkolny. Mają przechlapane. Jak można pogodnie podejść do rozpoczynających się lekcji, skoro nad dniem ich początku ciążą wspomnienia nalotów na Wieluń i ostrzału Wojskowej Składnicy na Westerplatte przez pancernik Schleswig-Holstein?
Wyobrażam sobie, że pierwszoklasista Woody Allen podważyłby w takich okolicznościach sens nauki, skoro wszystko i tak kończy się wojną i przedwczesną śmiercią.
A przecież można by przesunąć początek roku szkolnego, choćby na 30 sierpnia. Budowanie mostów porozumień, świętowanie zwycięstwa dobrego nad złym, bardziej zachęcają do życia i nauki.
Ta juka – dziś eksmitowana – ma swoją historię. Otóż jukę-matkę, wiele lat temu, na pewno więcej niż jedenaście, bo jeszcze przed moją przeprowadzką z Krakowa do Warszawy, Kama dostała od Renaty (Reni). Przez lata juka stała na parapecie w dużym pokoju Kamy, w mieszkaniu na jej ukochanej, niezwykłej – nie tylko jej zdaniem – Pradze przy ul. Jagiellońskiej (z okien widać cerkiew - Katedrę metropolitalną w Warszawie).
Otóż razu pewnego, odkryłam, że juka-matka ma już dorodne dzieci w innych donicach i pokojach, i od słowa do słowa jedno z nich trafiło w moje ręce.
Niestety nie znałam algorytmu, który przelicza jaki gatunek kwiatu da się hodować w małym mieszkanku, żeby nie powiedzieć – dziupli.
Dlatego dziś, korzystając z okazji, że znów nastał w Bieszczadach sezon na Annę, a ja podlewam jej kwiatki w warszawskim mieszkaniu, postanowiłam podlewać moją jukę też u niej, tak przy okazji.
W lipcu 1980 r. wyszłam za mąż i kończyłam pisać pracę magisterską o przywództwie charyzmatycznym Charlesa de Gaulle’a. A tu, w połowie sierpnia, pojawiają się w gazetach przebąkiwania o „przerwach w pracy” w Gdańsku. Wszyscy wiedzą, że „przerwy w pracy”, to peerelowski eufemizm. Chodzi o strajki. Dopiero co skończyły się strajki na Lubelszczyźnie. Po Świdnickim Lipcu, strajki na wybrzeżu budzą ogrom nadziei. Czuje się ich siłę i to coś więcej, niż tylko protest przeciwko podwyżce cen mięsa. Nie opuszcza nas jednak lęk, przed tym, jak strasznie może się to skończyć. Nic nie jest ważniejsze niż to, żeby im się udało. Tym co strajkują i tym co im doradzają. Na początku września – na paszport z panieńskim nazwiskiem, mimo że już mam inne – wyjeżdżamy małą grupą do Finlandii na wcześniej zaplanowaną tzw. wymianę studencką. Nasi gospodarze codziennie robią nam prasówkę. Na pierwszych stronach gazet fińskich wciąż sprawy polskie i Solidarność. 3 i 11 września to ostatnie uzgodnienia Porozumień sierpniowych, których rocznicę obchodzimy 30 sierpnia. Dla mnie, to prawdziwe święto.
Na zdjęciu: Pomnik Poległych Stoczniowców 1970, 30.08.2015
Fot. Tadeusz K. Kowalski
Dziś pożegnałam Tadka Klocha. Bioenergoterapeutę, rehabilitanta, masażystę, ale przede wszystkim faceta mojej przyjaciółki - Ziuty.
Umieranie jest ważne dla tych, co pozostają. Czują, że skoro żyją, to już jest nieźle.
Na zdjęciu Ziuta wspierana przez córkę, Martę. Dwa tygodnie temu pochowały ojca Marty, Andrzeja Jamroza.

W trzecim dniu pobytu nad jeziorem Sommen, mężczyzna przyniósł do domu szczupaka długiego na 90 cm. Z głowy Dorota gotuje przepyszną zupę rybną. Ale w domku, który wynajmują, nie ma tak dużych garnków, żeby tę głowę ugotować. Na szczęście jest siekiera. Mężczyzna właśnie sieka nią łeb ryby.
Od dzisiaj moja siostra zbiera grzyby nad jeziorem Sommen i pichci ryby przyniesione do domku przez mężczyznę. Gdyby nie miała Internetu – co w Szwecji nad jeziorem się zdarza –nie mogłaby przesłać mi zdjęcia z ptaszkiem, który przez nieuwagę wfrunął do domku. Ale skoro ma Internet, zajrzała do służbowej skrzynki e-mailowej, bo obiecała, że to będzie robić. I zachwyt uleciał.