Author Archives: Graz

rsz_caciocavallo

Fot. Tadeusz K. Kowalski

Nie stać mnie w tym roku, by pojechać do Apulii (Puglia), to kupiłam sobie trochę sera caciocavallo – najmniejszy z możliwych kawałków, czyli ćwiartkę za 38 zł (120 zł /kg na włoskim kiermaszu na Placu Konstytucji w Warszawie). Nie brałam sera w worku, bo pani dała mi go wcześniej spróbować. Pięknie pachnie, jest twardy, więc nie ma w nim wody i ma słodki smak, jak przystało na południowe Włochy. Przy okazji dostałam do posmakowania ser z truflami (190 zł/kg) – dla skomentowania smaku westchnę tylko „ach” i „och”, zapach zniewalający – oraz provolone, trzyletni ser (180 zł/kg), też słodkawy, ale głębszy niż caciocavallo w smaku. Chwyta za serce. Nie wiem czy gdybym zapłaciła za podróż, stać by mnie było na rozkoszowanie się tymi rarytasami. Dla krakuski płacącej podatek w Warszawie, która dzięki temu ma na komunikację miejską kartę warszawiaka, smaki Apulii jak najbardziej okazały się w zasięgu ręki. Kupiłam akurat caciocavallo, bo nie tylko mnie ujął smakiem, ale i wyglądem. Przypomina tykwę, którą po związaniu na cieńszym końcu wiesza się – chciałoby się powiedzieć pod powałą – ale po prostu, gdzieś w górze. W czasach, których nie pamiętali nawet nasi pradziadkowie, podczas transportu, zawieszano ser na koniu po obu stronach siodła w workach połączonych sznurem. Stąd wzięło się w języku włoskim określenie „skończyć jak Caciocavallo”, czyli dać się powiesić. Ja nie zamierzam, czego i Wam życzę.

Cacio – znaczy w języku włoskim ser, a cavallo – koń.

9 zł na godzinę to stawka dla audytora robiącego inwentaryzację w hipermarkecie. To dużo mniej niż domowa sprzątaczka bierze bez płacenia podatku.
9 zł na godzinę to stawka dla audytora robiącego inwentaryzację w hipermarkecie. To dużo mniej niż domowa sprzątaczka bierze bez płacenia podatku.

9 zł na godzinę, to stawka sezonowych audytorów, wynajmowanych przez zewnętrzną firmę, która zarabia na przeprowadzaniu inwentaryzacji m.in. w hipermarketach. Ogłasza nabór na pracowników inwentaryzacji i jedyne wymogi, które stawia, to wiek powyżej 18. roku życia, skrupulatność i duża motywacja do pracy. To oczywiste, że trzeba mieć dużą motywację – głębokie, czarne dziury finansowe – żeby ciężko pracować za 9 zł na godzinę.

Robota wydaje się prosta. Przesuwasz czytnik nad kodem kreskowym produktu, wstukujesz liczbę sztuk i sięgasz po następny. Tylko, że trzeba przenieść te produkty z palety na paletę, potem je zafoliować, żeby z tej palety nie spadły, podczas wkładania ich z pomocą wózka widłowego na wysokość np. 9 metrów. O takim foliowaniu w magazynie mówią stretching.

Do pracy zgłaszają się studenci, ludzie trochę przed 18-stką i kilku emerytów oraz bezrobotnych w wieku, w którym – niezależnie od kwalifikacji i wykształcenia – już nikt ich nie zaprasza na rozmowę kwalifikacyjną.

Z ogłoszenia wynikało, że dniówka będzie trwała od 6 do 8 godzin. Szybko się okazuje, że pierwsza zmiana liczy 6 godzin. Wiele osób jest zawiedzionych, bo przyjechali z daleka. Można jednak zostać na drugą zmianę, czyli pracować 12 godzin.

Do magazynu pozwalają wnieść jedynie wodę. Przez 6 godzin nic się nie je, nie siada, tylko non stop pracuje. W czwartej godzinie kręgosłup odmawia posłuszeństwa.

Co niezwykłe, nadzór jest miły dla tymczasowych, sezonowych – o różnych predyspozycjach do tego zajęcia – pracowników. Nikt nikogo nie op..,. słyszy się jedynie „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam bardzo”, „zapraszam” itd. Tak mało się tu płaci, że pracodawca dba o godność pracowników. Coś za coś.

 

1 Comment

Jadzia Pętlak odlatuje do Australii.
Jadzia Pętlak odlatuje do Australii.

Na lotnisko jechałam dłużej niż Jadzia leciała ze Szczecina do Warszawy. Uciekł mi pociąg dla odlatujących, jak się okazało, jeździ co pół godziny. A jak ruszy, nie przekracza 50 km/h, jakby obowiązywały go przepisy ruchu drogowego. Pojechaliśmy z Tadeuszem w tę czasochłonną niedaleką podróż, żeby pożegnać Jadzię, powracającą do swojego domu w Whyalla nad zatoką Spencera. Jadzia to polski podróżny ptak, który 35 lat temu odleciał z mężem i dwójką dzieci z Polski – przez Szwecję, która ich nie chciała i Austrię, która ich nie chciała – do Australii. Po zmianie ustroju w Polsce powraca tu dwa razy w roku. Bazuje w Szczecinie, skąd wyrusza a to do Gruzji, a to na Ukrainę czy Sardynię. My poznaliśmy ją podczas objazdu Senegalu i Gambii.

To jest mroczny Sejm RP, wolałabym, żeby był oświeconyzny Sejm PR.
To jest mroczny Sejm RP, wolałabym, żeby był oświecony.

Nadal mi się nie podoba, że Sejm w ogóle zajmuje się problemem frankowiczów. „Kto za tym stoi?” – chciałoby się zapytać. Kogo – z nazwiska – Sejm RP chce uratować? Ustawa o frankowiczach dotyczy mniejszości w Polsce. Większość będzie przez nią poszkodowana. Choć niby najgorsze w ustawie, zostało zażegnane przez senatorów.

Jak pisze Maciej Samcik – on to lepiej rozumie niż ja – po poprawkach senatorów w sprawie kredytów wziętych na mieszkania we frankach, ustawa ma ponownie podzielić po równo koszty wzrostu kursu franka na kredytodawcę i kredytobiorcę, choć nie każdego. Wciąż pozostaje jednak pytanie, dlaczego ja – albo ktokolwiek inny – jako przymusowy klient banku mam płacić za jego straty poniesione w udzielonych frankowych kredytach? Dlaczego mam ulżyć komuś, kto kupił 99-metrowe mieszkanie na kredyt i jak się okazuje miał za duży apetyt na metraż, apetyt przerastający rozsądek albo po prostu był [jest] głupi, bez wyobraźni itd., itp.? Nie mówiąc już o tych ambitnych z domami do 150 m. kw.? Dlaczego ci, co racjonalnie ocenili swoje możliwości mają dopłacać do aspiracji tamtych, ich wygody i próżności? Przecież banki na tej ustawie tak naprawdę nie stracą, tylko stracą ich klienci. Stracimy my. Mało tego, gdyby kredytobiorcom we frankach udał się geszeft, na pewno nie podzieliliby się zyskami z innymi.

Dlaczego, jak chcą bankowcy, ustawa nie ma dotyczyć tylko najmniej zarabiających? Chciałabym to wiedzieć. Dlaczego zarabiający ponadprzeciętnie mają zostać objęci ochroną? To przecież karygodne. Skoro dostali duże kredyty we frankach, znaczy, byli wysokopłatnymi, rokującymi nadzieję na spłatę kredytu, ludźmi. Jeśli im się noga powinęła, to znaczy, że bank i klient mają problem a nie Sejm RP czy my, cała reszta. Historyczny już zwrot „kto za tym stoi”, staje się aktualny.

Słuszny wydaje się być postulat Samcika, nie wiem czy on go wymyślił, ale za nim powtarzam, by banki oddały pobrany przez siebie spread (bo to haracz, a nie zarobek). W tym postrzegam sprawiedliwość wobec frankowiczów [mnie również , a jakże :)].
Niech więc banki oddadzą złodziejski spread swym klientom i nie zabierają czasu posłów i senatorów, bo każdy z nas za ich czas płaci, a pewnie każdy lepiej by wolał wydać te pieniądze.

Niech banki rozliczą się z klientami bez pośrednictwa posłów, których wybraliśmy do reprezentowania naszych wspólnych interesów, a nie garstki nieodpowiedzialnych inwestorów. Ci odpowiedzialni, biorą na siebie ryzyko transakcji.

 

1 Comment

rsz_dscf8233

Co roku 1. września :((. Ktoś powie, że co roku jest też 5. marca albo 2. września, ale w tych i w wielu innych datach istnieje zalążek tajemnicy, czegoś niezwykłego, co może się zdarzyć, a po 1939 roku, 1 września, to po prostu następna rocznica wybuchu II wojny światowej. I właśnie w ten dzień dzieciaki duże i małe zaczynają nowy rok szkolny. Mają przechlapane. Jak można pogodnie podejść do rozpoczynających się lekcji, skoro nad dniem ich początku ciążą wspomnienia nalotów na Wieluń i ostrzału Wojskowej Składnicy na Westerplatte przez pancernik Schleswig-Holstein?

Wyobrażam sobie, że pierwszoklasista Woody Allen podważyłby w takich okolicznościach sens nauki, skoro wszystko i tak kończy się wojną i przedwczesną śmiercią.

A przecież można by przesunąć początek roku szkolnego, choćby na 30 sierpnia. Budowanie mostów porozumień, świętowanie zwycięstwa dobrego nad złym, bardziej zachęcają do życia i nauki.

 

rsz_dscf8210

Ta juka – dziś eksmitowana – ma swoją historię. Otóż jukę-matkę, wiele lat temu, na pewno więcej niż jedenaście, bo jeszcze przed moją przeprowadzką z Krakowa do Warszawy, Kama dostała od Renaty (Reni). Przez lata juka stała na parapecie w dużym pokoju Kamy, w mieszkaniu na jej ukochanej, niezwykłej – nie tylko jej zdaniem – Pradze przy ul. Jagiellońskiej (z okien widać cerkiew - Katedrę metropolitalną w Warszawie).

Otóż razu pewnego, odkryłam, że juka-matka ma już dorodne dzieci w innych donicach i pokojach, i od słowa do słowa jedno z nich trafiło w moje ręce.

Niestety nie znałam algorytmu, który przelicza jaki gatunek kwiatu da się hodować w małym mieszkanku, żeby nie powiedzieć – dziupli.

Dlatego dziś, korzystając z okazji, że znów nastał w Bieszczadach sezon na Annę, a ja podlewam jej kwiatki w warszawskim mieszkaniu, postanowiłam podlewać moją jukę też u niej, tak przy okazji.

 

rsz_solidarity_003

W lipcu 1980 r. wyszłam za mąż i kończyłam pisać pracę magisterską o przywództwie charyzmatycznym Charlesa de Gaulle’a. A tu, w połowie sierpnia, pojawiają się w gazetach przebąkiwania o „przerwach w pracy” w Gdańsku. Wszyscy wiedzą, że „przerwy w pracy”, to peerelowski eufemizm. Chodzi o strajki. Dopiero co skończyły się strajki na Lubelszczyźnie. Po Świdnickim Lipcu, strajki na wybrzeżu budzą ogrom nadziei. Czuje się ich siłę i to coś więcej, niż tylko protest przeciwko podwyżce cen mięsa. Nie opuszcza nas jednak lęk, przed tym, jak strasznie może się to skończyć. Nic nie jest ważniejsze niż to, żeby im się udało. Tym co strajkują i tym co im doradzają. Na początku września – na paszport z panieńskim nazwiskiem, mimo że już mam inne – wyjeżdżamy małą grupą do Finlandii na wcześniej zaplanowaną tzw. wymianę studencką. Nasi gospodarze codziennie robią nam prasówkę. Na pierwszych stronach gazet fińskich wciąż sprawy polskie i Solidarność. 3 i 11 września to ostatnie uzgodnienia Porozumień sierpniowych, których rocznicę obchodzimy 30 sierpnia. Dla mnie, to prawdziwe święto.

Na zdjęciu: Pomnik Poległych Stoczniowców 1970, 30.08.2015

Fot. Tadeusz K. Kowalski

rsz_dscf8115Dziś pożegnałam Tadka Klocha. Bioenergoterapeutę, rehabilitanta, masażystę, ale przede wszystkim faceta mojej przyjaciółki - Ziuty.

Umieranie jest ważne dla tych, co pozostają. Czują, że skoro żyją, to już jest nieźle.

Na zdjęciu Ziuta wspierana przez córkę, Martę. Dwa tygodnie temu pochowały ojca Marty, Andrzeja Jamroza.