Miejsca

Słonie w Kenii 2009. Wycieczka bezrobotnego

fot. Tadeusz K. Kowalski

Założyłam bloga, bo wiedziałam, że moje dni są policzone. W szemranym wydawnictwie (szemrane tzn. myślałam, że to mafia, ale ja tylko miałam robić gazetę) pojawiła się blond dama w małej czerwonej sukience. Dama była z Wołomina. Wdrażała procedury. Wiedziałam, że to już mój koniec, bo w gazetach są deadline’y, ale nie ma procedur, raportowania i odbijania karty przyjścia i wyjścia. Więc zapłaciłam (przepłaciłam) za wyszykowanie bloga na czas nadchodzącego bezrobocia.

Kilka razy w życiu zrobiłam rzeczy wbrew rozsądkowi. STOP! Więcej razy w życiu robiłam rzeczy wbrew rozsądkowi, ale chcę napisać tylko o tych, związanych z pracą.

Po raz pierwszy pojechałam do Afryki, po tym, gdy po raz pierwszy  w życiu dostałam wypowiedzenie z pracy pod pretekstem zlikwidowania mojego stanowiska pracy. Chodziło o złe pochodzenie polityczne związane z mediami, choć nie dotykało ono złej epoki PRL-u.  Trawestując wypowiedź bohaterów Ziemi Obiecanej, pomyślałam: ja nie mam nic, niech się zdarzy!

Pojechałam, efekty możecie zobaczyć!

A potem znów byłam bez pracy. Bo ta wspomniana blond dziewczyna od procedur z Wołomina doprowadziła do mojego zwolnienia. Na bezrobociu za resztki pieniędzy z drobniakami w garści pojechałam znów do Afryki. O tym jak inaczej jest nad Oceanem Atlantyckim niż Indyjskim – choć też w Afryce – na razie nie zdążyłam napisać. Bo po każdym szalonym wyjeździe na bezrobociu, dostaję pracę na 24 godziny na dobę i już nie mam czasu na prowadzenie bloga, którego – jak wspomniałam – założyłam też na bezrobociu.

I w takimże okresie, kupiłam na maj bilety na samolot do Hiszpanii i Portugalii. I tu robota nagle jest. Deadline’y niekompatybilne z wyjazdem.

Wniosek? Nie ma co trzymać się sztywnych harmonogramów. Po co być zbyt zapobiegliwym. Życie płynie…jak się nie ogląda telewizji i nie słucha głupot.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Po parkach Lake Manyara, Arusha, Amboseli, Tsavo, Ngoro-Ngoro, Serengeti, czyli po tygodniowym safari, ruszyliśmy w stronę Mombasy.  Przez highway Nairobi-Mombasa ku lenistwu.

Pierwszy dzień byczyliśmy się na plaży pod hotelem.

1.Koniec stycznia 2009 roku. Plan: nicnierobienie. Baza: Kenya Bay. Beach Hotel, Mombasa.
Koniec stycznia 2009 roku. Plan: nicnierobienie. Baza: Kenya Bay. Beach Hotel, Mombasa.

Do południa wody Oceanu Indyjskiego jeszcze nie wróciły do brzegu. O godzinie jedenastej – uroczy barman o posturze harmonijnie zbudowanego słonia – wydawał drinki i piwo. All inclusive jest przyjemne. Niestety imienia barmana już nie pamiętam, ale jego samego, pamiętam doskonale. W końcu uratował mnie przed gangreną albo czymś innym. Podczas wycieczki na delfinowe safari zeszłam ze starego stateczku popływać nad niewyobrażalnymi głębinami oceanu. Przed chwilą robiłam zdjęcia delfinów z prawej burty, a teraz wracałam po pływaniu od burty lewej. Pod nogą potężnej postury mężczyzny, który wchodził na stateczek przede mną, obłamał się przerdzewiały szczebel drabinki. Wyszczerbiony pręt poranił moją stopę. Pozostawił na niej kilka podłużnych rdzawych krwawiących cięć. Gdy barman wieczorem usłyszał opowieść o mojej przygodzie i zobaczył kilka głębokich czarnych zadrapań, kazał mi – ku zgorszeniu tankujących Niemców – położyć stopę na wysokiej  ladzie. Zdjął z półki spirytus i chusteczką ligninową dokładnie, mocno, wyczyścił rany. Nie mogłam powstrzymać dzikiego wrzasku. Piekło tak, jakby ktoś spirytus polewał na miejsca, w których właśnie zdarto ze mnie skórę. Po tej operacji, zadrapania już nie były czarnordzawe. Nabrały różowej barwy skóry niemowlaka.

Gości w hotelowej restauracji można było podzielić na  gutentagów i goodmorningi. My należeliśmy do tych drugich. Następnego dnia już nie przespaliśmy porannego pływania i spaceru wzdłuż brzegu oceanu. Woda o szóstej rano czasu afrykańskiego była ciepła jak zupa pomidorowa w barze mlecznym. Trzeba było samozaparcia, żeby wykonywać jakiekolwiek ruchy. Bo przecież wystarczyło podkurczyć nogi i człowiek unosił się wysoko ponad dnem.

W dzień, poza długimi spacerami i pływaniem, zdarzały się nam wycieczki. Do wsi kenijskiej, do Mombasy i na oglądanie delfinów, pływanie ponad głębinami oceanu i oglądanie koralowców.

Spacer pod Mombasą. Kenya Beach.Młodzi biznesmeni zawsze byli chętni do rozmowy ze spacerującymi gośćmi hotelowymi.
Spacer pod Mombasą. Kenya Bay. Młodzi biznesmeni zawsze byli chętni do rozmowy ze spacerującymi gośćmi hotelowymi.

Podczas spacerów, krótkie rozmowy z tubylcami. Tymi sprytnymi, którzy chcą coś sprzedać albo coś dostać na odjezdnym hotelowych gości. Dayo, nie odstępował nas na krok. Gdy szłam plażą witał mnie „Helo, Masai Mama Grażyna”. Gdy zauważył mój nieopatrznie spieczony kark, przyszedł następnego dnia i poprosił boya hotelowego, by wywołał Mama Grażyna (tubylcom nie wolno było wchodzić na teren hotelu i hotelowej plaży).

Okazało się, że przyniósł  świeży liść aloesu. Już poza obrębem hotelu, na plaży tuż obok, zdarł z liścia powłokę i sokiem oraz miąższem natarł mi kark. Po trzech godzinach nie było śladu po słonecznym poparzeniu.

Gdyby nie kilkudniowy leniwy pobyt w Kenya Bay  – Bech Hotel, Mombasa, być może miałabym poczucie, że spędziłam tydzień w samochodzie. Na safari nie wolno z niego wychodzić. Czujesz powiew wiatru, bo dach jest uniesiony, ale  to nie to samo, co stąpać po ziemi lub piasku. Pod Mombasą, poczułam bryzę Oceanu Indyjskiego i co znaczy „No hurry in Africa”.

Reszta w podpisach pod zdjęciami. Zapraszam do galerii

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Leonarda Cohena poznałam dzięki Józkowi. Ojcu moich synów. Józek wszystko wiedział lepiej ode mnie, więcej rozumiał, był do przodu, a przecież ja nigdy nie byłam blondynką. Pamiętam stary, z demobilu, czarnobiały (innych jeszcze w Polsce nie było) telewizor w wynajmowanej przez nas suterenie na ulicy Kasztelańskiej w Krakowie (myszy biegały po korytarzu, dzielącym nas od zimnej ubikacji) i teledysk z facetem w prochowcu tuż nad morzem (ktoś mi przypomni o jaką piosenkę chodzi?). Od tego czasu Cohena wpisałam na listę moich miłości. Będzie na niej do końca mojego życia. Na szczęście byłam na jego koncercie wczesną jesienią 2008 roku na Torwarze. Po tym jak jego menadżerka zdefraudowała jego wszystkie, kilkumilionowe ( w dolarach amerykańskich) oszczędności. Był po siedemdziesiątce, miał jak zwykle świetny chórek i dużo żartował między mało śmiesznymi swoimi utworami. Np. mówił, że już wszystko brał w życiu, kobiety, leki na to i tamto, a ostatnio viagrę. Gdy robiłam miesięcznik „Eurogospodarka” przy pierwszej okazji dałam na okładkę Leonarda Cohena. Numer poszedł na przemiał z zupełnie innego powodu, ale to też zupełnie inna historia. Umarł jeden z mężczyzn, których kochałam i będę kochać.
Leonard Cohen, dla mnie mój facet na zawsze

Leonarda Cohena poznałam dzięki Józkowi. Ojcu moich synów. Józek wszystko wiedział lepiej ode mnie, więcej rozumiał, był do przodu, a przecież ja nigdy nie byłam blondynką. Pamiętam stary, z demobilu, czarnobiały (innych jeszcze w Polsce nie było) telewizor w wynajmowanej przez nas suterenie na ulicy Kasztelańskiej w Krakowie (myszy biegały po korytarzu, dzielącym nas od zimnej ubikacji) i teledysk z facetem w prochowcu tuż nad morzem (ktoś mi przypomni o jaką piosenkę chodzi?).

Od tego czasu Cohena wpisałam na listę moich miłości. Będzie na niej do końca mojego życia.

Na szczęście byłam na jego koncercie wczesną jesienią 2008 roku na Torwarze.  Po tym jak jego menadżerka zdefraudowała jego wszystkie, kilkumilionowe ( w dolarach amerykańskich) oszczędności. Był po siedemdziesiątce, miał jak zwykle świetny chórek i dużo żartował między mało śmiesznymi swoimi utworami. Np. mówił, że już wszystko brał w życiu, kobiety, leki na to i tamto, a ostatnio viagrę.

Gdy robiłam miesięcznik „Eurogospodarka” przy pierwszej okazji dałam na okładkę Leonarda Cohena. Numer poszedł na przemiał z zupełnie innego powodu, ale to też zupełnie inna historia.

Umarł jeden z mężczyzn, których kochałam i będę kochać.

Zapisz

Zanim dziś dojechałam do Krakowa musiałam rano pospiesznie się spakować, tak, żeby bagaż wziąć ze sobą do pracy, skąd do Dworca Centralnego w Warszawie mam jeden przystanek metrem. A tu?!

15 rzeczy, które trzeba dziś wziąć w podróż, a których w podróż się nie brało 25 lat temu
Cel osiągnięty: pod Wawelem

Lista rzeczy, które trzeba wziąć na wypad weekendowy się wydłuża:

  • Komputer plus kabel zasilający i myszka z podkładką (bo nie lubię touchpada) plus słuchawki z mikrofonem (do komfortowej rozmowy na Skype’ie)
  • Smartfon plus ładowarka
  • Power bank plus kabel zasilający
  • Aparat fotograficzny
  • Kabel do przegrywania zdjęć z aparatu fotograficznego do komputera
  • Router plus kabel zasilający
  • Odtwarzacz Mp3 plus słuchawki
  • eBook reader

…i w drogę!

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Każda rzeka wydaje się podobna – tak samo mokra, tyle samo nad nią uschniętych drzew,  a w niej badyli – z bliska jednak, z kajaka, można dostrzec różnice między nimi. A Liwiec?

Liwiec w sierpniu
Zakole Liwca

Można powiedzieć, że jak zwykle ja i Tad przestrzeliliśmy. Dla właścicieli GPS-a wydaje się to pewnie prymitywne. Jednak nie ma jeszcze tak szybkiego GPS-a, który by powiedział, w którą stronę mam skręcać, zanim przejadę kilka dobrych kilometrów dalej. GPS jest spóźnionym komentatorem tego co powinnam zrobić. Za to mam żywego pilota. On też się spóźnia, ale od GPS-a jest zdecydowanie szybszy. Poza tym jest  interakcyjny, co zawsze ceniłam. Niemal przez Siedlce, ale dojechaliśmy na miejsce zbiórki. Ha!  Jak zwykle, chciałam  wcześniej wycofać się z imprezy, żeby nie robić innym kłopotu. Ale za późno było na jakiekolwiek kłamstwo. Gdy  spóźnieni dojechaliśmy, powiedziałam do naszego szefa i organizatora, czyli Wojtka: „ale nie jesteśmy ostatni”.  Tylko się uśmiechnął. Toyota zaparkowała tuż za nami. Kilkadziesiąt sekund po nas. Poza tym Wojtek naprawdę jest wyrozumiały dla uczestników spływu – pod warunkiem, że nie należą do jego najbliższej rodziny, którą najwyraźniej kocha, szanuje i jest jej oddany bez reszty bardziej niż tym, którzy pod jego wodzą płyną po rzece. No cóż, z rodziną ma jednak wyznaczoną dłuższą trasę i to wymaga silniejszego przewodnictwa.

Spod Wyszkowa do Urle

Według znaków przepłynęliśmy 60 km, ale nie chce mi się w to wierzyć. Według czasu to było ok. 16 godzin wiosłowania. Trzy zapory i tzw. przenoski – trzeba przenieść kajaki na drugą stronę zapory a każdy kajak waży co najmniej ok. 40 kg (bez wyposażenia i bagażu).

Przenoska na pierwszej zaporze w Węgrowie

Przenoska na pierwszej zaporze w Węgrowie

Po trzeciej zaporze pojawiają się mielizny – jak to powiedział  któryś z mężczyzn – "przenoszenie kajaków to nic, ale te kilka godzin, kiedy płynąłem, nie wiedząc, w którym momencie zawisnę było straszne".

Na płyciznach popych i pociąg były skuteczniejsze niż wiosłowanie. Myliłby się każdy kto by zgadywał, że na środku rzeki jest najgłębiej. Że istnieje jakakolwiek prawidłowość w występowaniu łach i mielizn.
Na płyciznach popych i pociąg były skuteczniejsze niż wiosłowanie. Myliłby się każdy kto by zgadywał, że na środku rzeki jest najgłębiej. Że istnieje jakakolwiek prawidłowość w występowaniu łach i mielizn.

Kierowcy i reszta

Kierowcy zawożą swych towarzyszy kajakowania na miejsce startu, po czym jadą kolumną – tym razem siedem aut – w dół rzeki i tam parkują. Wracają na ogół autem z przyczepą pełną kajaków do punktu ich wodowania na rzekę. Pierwsi widzą miejsce biwakowania i cumowania. Zapamiętują punkt rozpoznawczy, żeby nie przepłynąć o most czy dwa za daleko.

Zamek w Liwie
XV-wieczny zamek w Liwie

Na tym spływie były dwa takie miejsca. Pierwszy biwak pod zamkiem w Liwie w dzień XV Turnieju Rycerskiego.

Drugi u sołtysa w Bednarzach. Na jego prywatnej, nieskażonej łące. To tu podczas poszukiwań naszej przystani, wjechałam za Wojtkiem na krótką drogę prowadzącą do gospodarstwa, w którym chciał zapytać o dom sołtysa. Wycofując się, by go przepuścić, wjechałam lewym tylnym kołem do rowu. Niestety nie przewidziałam takiej atrakcji i zdjęcia nie mam.  Mężczyźni wysiedli ze swoich maszyn, Wojtek usiadł za kierownicą, trzech (chyba trzech, bo w zdenerwowaniu słabo widzę i słabo liczę) uniosło lekko auto i wyprowadziło je na prostą.

Drugi moment szczególny, to ostatni powrót po auta.  Reszta uczestników spływu czekała na nas pod kolejowym mostem w Urlach. My,  podwiezieni przez właściciela kajaków pod dom sołtysa, szliśmy ławą drogą pomiędzy lasem a łąką. Sześciu kierowców i ja – też prowadząca. Tym razem świeciło słońce. Szliśmy, jak siedmiu wspaniałych (byłoby nas tyle, ale jeden kierowca plus żona z dwojgiem dzieci wycofali się z zawodów przetrwania na spływie po pierwszym dniu, czyli po czterech godzinach wiosłowania). Byliśmy nie mniej brudni niż kowboje w trzy dni po wyruszeniu w drogę. No może ciut mniej, bo jednak na rzece się nie kurzy. Z odległości 100 metrów zauważyliśmy, że stoi nie sześć, a siedem samochodów. Ósmy właśnie się zatrzymał. Rosły facet, koło siedemdziesiątki, wysiadł z niego i patrzył z dużym niedowierzaniem na sznur pojazdów zaparkowanych na prywatnej łące tuż nad  rzeką.

– To sołtys się dziwi? – spytałam Wojtka-organizatora.

– Nigdy sołtysa nie widziałem – odpowiedział, bo przecież ważne sprawy załatwia się na telefon i mailowo.

I choć sołtysa – jak się okazało – nie spotkaliśmy, wdzięczność za gościnę pozostanie w nas dozgonna.

Zapraszam do galerii zdjęć. Kliknij, by powiększyć fotki i obejrzyj

 

 

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Przyszedł mail od Wojtka, że można płynąć z nim i jego żoną Basią spływem Pilicą. Najszybsi w zgłoszeniu mieli obiecany domek. Byliśmy z Tad super szybcy. Namiocik dla płazów przerobiliśmy na spływie Drwęcą. Można, ale jak nie trzeba? To po co!

Zawsze przed wyjazdem sprawdzam w internecie czas dojazdu. Do Białobrzegów – godzina – stało napisane. Plan był prosty: wyjechać o godzinie 7 , ale  jak to często bywa, nie udało się. Wyjechaliśmy o 7.20. Zdążyliśmy. Przy okazji odkryłam, że już nie lubię tak szybko jeździć. Mój młodszy syn w fazie uwielbiania żółwi i żartowania, że jest żółwikiem, a nim  – zapewniam – nie był, podczas jazdy próbnej nowego auta powiedział: „Żółwiki jednak nie lubią tak szybko jeździć”. I nagle po latach od tamtego zdarzenia odkryłam, że jestem żółwicą.

Tym razem na spływie był Adam i Ludka (zaprosili nas na spływ Drwęcą i nie dojechali). Wspólnie oceniliśmy architektoniczno-społeczny status domków, jeżeli tak można o nich powiedzieć. „Późny Gomułka, wczesny Gierek, a potem ekonomiczna zapaść”.   Wyższość  tych chat z pustaków nad namiotem jest taka, że stoją w nich łóżka z wygodnym w miarę nowym materacem, a dodawana do niego pościel jest świeża  i młoda wiekiem.

Wyruszyliśmy z Tomczyc. Samochód z 14 kajakami  był szybszy od deszczowej ciężkiej chmury.

Tomczyce. Start spływu Pilicą

Fot. Tadeusz K. Kowalski

Odwrotu nie było. Popłynęliśmy. Za czwartym mostem miało być mało widoczne ujście starorzecza Pilicy i droga do gospodarza–właściciela kajaków. Ostatecznym znakiem, że to tu, miało być sześć linii energetycznych. Gdyby ktoś przegapił, pozostawałby mu kurs pod prąd. Ja tego doświadczyłam z innego powodu. Na szczęście  Tad ma dobrą orientację w terenie, a ja zawsze mam oko na swoich. Nawet jak oni nie wiedzą, że są „moi”. Trafiliśmy.

Zawieszeni na badylu

To było za Osuchowem. Suniemy leniwie Pilicą, a tu Adam i Ludka wiosłują  stojąc w miejscu. Miny wskazują na jedno: coś złego się dzieje. Adam mówi, że nie ma problemu, a ja (przecież to już mój drugi spływ) myślę, że ześlizgną się z tego czegoś na co wpłynęli i ruszą z nurtem.

Po kilkudziesięciu metrach (miałam farta, że szybko myślę) postanowiliśmy z Tad zawrócić, żeby Adam z Ludką nie zostali sami.

Tad wiosłował pod prąd, ustawiał kajak, ja miałam ciągnąć za linkę na dziobie kajaka. Kajak Ludki i Adama ani drgnął, w końcu zaczął się obracać wokół niewidocznej osi. Adam powtarzał, żeby go tylko do brzegu dociągnąć, a już sobie da radę. A to było tak, jakby wskazówki zegara namówić, żeby skoczyły w bok, a nie kręciły się jak głupie w  kółko.

Naciskałam na Tad, żeby zadzwonił do Wojtka-szefa wyprawy. Nie z histerii, a  z poczucia wspólnoty. To było wbrew Adamowi i boję się, że nigdy Tadeuszowi - najbliższemu bratu ciotecznemu tego nie wybaczy. Dlaczego tak myślę? Bo jak – tak jak i wielu innym – zdarzyło nam się osiąść kajakiem na mieliźnie, to Adam – jak tylko był w pobliżu – pytał  czy wezwać pomoc.

Widziałam to wyraźnie – jak zniosło mnie i Tad w trzciny – że kawałek konara wbił się w środek kajaka tuż pod tyłkiem Adama. Ale on wciąż w to nie wierzył. Myślę, że wkurzony na nas za telefon po pomoc przeszedł do działania i przeszedł wszelkie oczekiwania Ludki. Po tym jak nie udało się wiosłem odczepić konara, wskoczył do wody,  wypchnął przeszkodę i wyprowadził kajak ze swoją ukochaną do miejsca, gdzie mógł wsiąść, by dalej czuwać nad Ludką. Ot, taka historia.

Spychanie kajaka z kawałka konara, który się wbił w dno

Fot. Grażyna Lubińska

Zmyłka

Dopłynęliśmy w dwa kajaki do Przybyszewa. Nasi już tam zacumowali. Pomyśleliśmy, że wszyscy sikają, a my nie i popłynęliśmy dalej . I dalej. I dalej. Nikt nie krzyknął, jak onegdaj w TVP Żakowski i Najsztub: „Zostańcie z nami”. W końcu telefon: wracajcie, to tu będzie obiad. Tad mówi: „wrócimy”. Ja mówię: „Olejmy ten obiad, kupimy sobie coś w Białobrzegach”. I nie ma dyskusji (pamiętajcie, że matki Adama i Tadeusza były siostrami). Wracamy. Zrywa się wiatr. Czarna chmura nad nami jest jednoznaczna. Mówię, że nie mam siły i chromolę ten obiad (słowami cięższymi niż ta chmura). Tad prosi grzecznie, aczkolwiek stanowczo, żebym odłożyła wiosło. Zgadzam się, bo nie mam siły przeciwko prądowi i wiatrowi wiosłować. Zaczyna padać deszcz. Dmie coraz mocniej. Tad wiosłuje sam i oboje stoimy w miejscu. Włączam się do gry. Jestem jak mrówka wspomagająca słonia, ale drgnęło. Powolutku przedzieramy się w górę rzeki. Ze trzy razy jeszcze prosiłam, żebyśmy odpuścili. Bez zrozumienia.  Gdy w końcu zobaczyłam most w Przybyszewie – jeszcze daleko – zapytałam czy to fatamorgana. Dopłynęliśmy. Kończyny górne od barku do dłoni mi się trzęsły, nogi drgały. Byłam wściekła i nieszczęśliwa. Ale już po godzinie odczuwałam satysfakcję.

Wojtek nasz szef – kajakowy – oczywiście. Wiatr wzmaga się. Jedna z rzecznych rzeźb. (To info dla tych, którzy nie wiedzą po co się płynie). Trzcina zwiastuje Sodomę i Gomorę dla kajakarzy. Latające nad Pilicą bociany – szczęście. Młoda rodzina.kaczek Takie domki w kolorze i wydźwięku kojarzą się z kenijskimi lepiankami. Niby słomy nie ma, mury są, a wrażenie podobne. Most w Osuchowie. Dwuwieżowy kościół w Przybyszewie. Można powiedzieć: trzciny murem stoją. Adam już nie chce się kręcić wokół niewidzialnej osi. Zaczyna działać. Ściąga spodenki. Na początku chodzi o jak najmniejsze koszty. Noga do góry, rano była myta. Próba uzyskania pozycji wyjściowej – suchej. Czasem na sucho się nie da. Chociaż to wiosło uratowaliśmy Próba wydostania się z pułapki tanim kosztem. Adam usiłuje wiosłem – jako dźwignią odczepić przeszkodę. Tak robią niektórzy faceci. Coraz rzadziej produkują ten model. rsz_dscf9259 I po wszystkim. Patafian (pies) nawet nie wiedział, że o mało co, a musiałby płynąć. Patafian utrudniający wiosłowanie.

Grill nad Pilicą, a my płyniemy.

Te dziury w ziemi, to gniazda jaskółek brzegówek.

 

Domek przy ul. Krakowskiej w Białobrzegach.Domek przy ul. Krakowskiej w Białobrzegach.

 

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

1 Comment

Open'er Festival 2016 w Gdyni. Punkt wymiany biletów na opaski

Fot. Tadeusz K. Kowalski

Jak powiedział  Chińczyk – tyle ludzi w pociągu to on widział tylko w Chinach.  Robi interesy w imieniu China Bank. Ma 60 lat, a wygląda na czterdzieści kilka. Yan – w Polsce po prostu Jaś – pracuje nad tym, żeby pieniądze nie leżały w banku, bo to – jak mówi – marnotrawstwo.  – Masz pomysł? China Bank go sfinansuje – zapewniał .

Pociąg, w którym obowiązują miejscówki, w czwartek przed meczem Portugalia–Polska w Euro 2016 wypełniony był po brzegi. Żaden konduktor nie miał szans sprawdzić biletów. Obsługa Warsu wodę rozdawała z ręki, bo korytarz dla wózka był nieprzejezdny. Pasażerowie w napięciu śledzili wskazówki zegarków. Pociąg już z Warszawy wyjechał z półgodzinnym opóźnieniem. O godzinie 22 miał zacząć się występ formacji Red Hot Chili Peppers. Jak skomentowała dziewczyna spod okna, najnowsza płyta  The Gateway  nie jest najlepsza, ale album Blood Sugar Sex Magic wciąż jest świetny. Pociągiem na koncert jechali też niebieskoocy Szwedzi i długonogie Włoszki. Dziś wielu z nich można było spotkać na płycie Redłowskiej, przy piwie w Tawernie Orłowskiej lub wzdłuż brzegu z puszką lub kawą w ręce. Albo pokotem.

Open'er Festival 2016 w Gdyni. W stanikch i majtkach śpią dziewczyny na spacerowym trakcie wzdłuż brzego z Gdyni Redłowo do Gdyni Orłowo

Fot. Tadeusz K. Kowalski

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

2 komentarze

Każdemu takiego pierwszego razu życzę: najpierw  lęk, później niesnaski a w trakcie i na koniec  fala cudownych przeżyć, których nawet pretensje partnera nie są w stanie zepsuć.

Żagle na wiatr, ktoś krzyknął i wszyscy podnieśli wiosła do góry. Fot. Grażyna Lubińska
Żagle na wiatr, ktoś krzyknął i wszyscy podnieśli wiosła do góry. Fot. Grażyna Lubińska

Kiedy w marcu Adam zaproponował nam spływ kajakowy Drwęcą, zgodziłam się dla Tad. Termin był odległy – około bożocielny. Pomyślałam, że nabiorę ochoty. Nie nabrałam, bo się bałam. Nigdy przecież na spływie kajakowym nie byłam. A jedyny raz, kiedy Tad był na mnie zły, to gdy zafundował mi pływanie kajakiem po jeziorze Solińskim.

Spływ miał zacząć się w Topielach, ale zaliczył falstart już w Warszawie. To Tad przygotowywał wszystko, bo na „niejednym spływie był” a to do tego specjalista od kadłubów.  Przed wyjazdem rano spytałam czemu mamy tyle bambetli i zasugerowałam,  że wystawia nas na pośmiewisko. Na to on, że „nigdy na spływie nie byłam”, a tam ludzie poza tym, że spływają, ciągle się przepakowują.

My też się przepakowaliśmy, tyle że przed  wyjazdem. A potem mieliśmy problem ze znalezieniem celu. Miały to być Topiele. Na szczęście przeczytałam przed podróżą jakiegoś zaległego maila,  w którym było coś o Zajeździe przy Kominku. Kiedy mijałam na 3 minuty przed zbiórką Wielki Głęboczek, po dwóch, trzech kilometrach zapytałam czy Zajazd przy Kominku nie ma związku z adresem, okazało się, że owszem – zawróciliśmy. Tad zadzwonił do Adama, który nas zaprosił na imprezę, żeby dopytać o szczegóły – okazało się, że z ważnych powodów nie przyjedzie.

To był mój wielki dyskomfort. Jak dla Cygana, który dla towarzystwa dał się powiesić.

A potem problem z rozbiciem pożyczonego namiotu, niezrozumienie kiedy się przewozi bagaż do skrytki, powrót po bagaż do poczekalni i niezabranie żarcia na pierwszy dzień spływu kajakowego .

Punkt pierwszy wyprawy : Kurzętnik –Wielki  Głęboczek. Drwęca zameandrowana, jakby zaczynała już mieć świra; kukułki rozkukane, jakby dorzecze Drwęcy miało przed sobą długie lata życia. Na tym odcinku rzeki, nie widziałam ani jednego człowiek na wodzie, ani nad nią.

Kajakowy spływ Drwęcą. Wąskie gardła i zatory.
Wąskie gardła na Drwęcy i zatory. Fot. Grażyna Lubińska

Wieczorem było ognisko z kiełbasą i przyprawami (ketchup lub musztarda), ludzie ze sobą od lat pływają i się znają, i lubią, są tak zżyci, że niektórzy upici a my zmęczeni więc  ani się na świeżo nie zżyliśmy i nie upiliśmy – poszliśmy spać. A tu tumult wokół był ogromny, zaczęły się śpiewy i pokrzykiwania, ale szybko się dla nas ucięły. Okazuje się, że zmęczenie pokona każdy głośny rozgardiasz.  Mokro i zimno było nocą, więc w namiocie na karimacie w lichym lekkim wagowo śpiworze mnie było trudno spać, psia mać. Było mi coraz zimniej aż około czwartej rano usłyszałam bełkotliwe zwierzenia przy wygaszanym palenisku .  Facet mówił, że ma kłopoty z osiemnastoletnią córką i powtarzał, że każdy planuje swe życie idyllicznie. A potem sprawy się komplikują i tak nie jest . Spodobało mi się to jak konstatacja syna Pedra (Roberta): „No cóż, mamy wolność słowa, ale lepiej uważać na to co się mówi” – powiedział wczesnonastoletni chłopak. To i ja, choćby ze względu na tę złotą myśl, nic więcej nie napiszę poza tym, co pod zdjęciami.

Fotografie własne

Kliknij, żeby powiększyć zdjęcie 

2 komentarze

Dorota (siostra moja) zadzwoniła z Krakowa, że w Gdyni mamy najlepszą pogodę w Polsce! W tym momencie już z kijami do Nordic Walking staliśmy na Płycie Redłowskiej. Każdy ze swoim aparatem fotograficznym

Na starcie,

Drzewo obumarłe a kwitnie. Owocowe. Białe kwiauszki.Ulica Kopernika w Gdyni
Drzewo obumarłe a kwitnie. Fot. Tadeusz K. Kowalski

z ulicy Kopernika w dół – za naszych wspólnych czasów tutejszej marszruty zrobiono schodki, postawiono przyrządy do zabawy i sportów, i piec do grillowania z ławeczkami, i stolikami – otóż tu na starcie zaatakowali nas wyborcy nie wspomnę jakiej partii, żebyśmy nie robili im zdjęć. Pili na powietrzu, agresja wynikała ze wstępnego aktu spożycia, jeszcze się nie rozluźnili. Dziecko w wieku kumatym, na pewno do szkoły chodzi, już chyba w wieku postkomunijnym, próbowało złagodzić napaść dorosłych. Może myśleli, że dokumentuję ich picie? Otóż – zdenerwowałam się tak, jakbym się zdenerwowała oglądając telewizję, jakikolwiek kanał –  i gdy kobieta krzyczała, żebym nie fotografowała jej – zgodnie z prawdą – powiedziałam, że jej nie fotografuję. Zadyma zrobiła się straszna. Dopiero na moje stwierdzenie, że nie jest ładnym obiektem do fotografowania,  zamilkła. Za to młody – płci męskiej – bo przecież nie napiszę, że mężczyzna – kazał mi iść do lasu i tam fotografować. Ma facet fart, że w Polsce nie można posiadać broni, żeby strzelać do plugastwa.  Gdy zostawiliśmy ich przy butelce i tłustych kiełbasach, zaczęło się piękno.

Towarzystwa ubezpieczeniowego Generlai nie polecam
Generali nie polecam. Fot. Tadeusz K. Kowalski

Raz wymyśliłam  komentarz do zachowania ludzi, z którymi próbowałam bezskutecznie załatwić prostą sprawę: „to dla takich wymyślono bezrobocie”. Jeśli chodzi o firmy, np. o Generali i temu towarzystwu ubezpieczeniowemu podobne, proponuję: „to dla takich firm wymyślono upadłość”

6 marca 2016 roku dostałam sms-a: „przypominamy o płatności” i tu dane polisy OC samochodowego. Termin płatności mijał 3 marca. Wtedy też poprosiłam przyjaciela, żeby przelał 274 zł , bo miałam zator płatniczy. Zapracowałam, zarobiłam a przelew z honorarium nie przyszedł na czas (nawet go do mnie nie wysłano).

7 marca zadzwoniłam do Generali, żeby wyjaśnić sprawę. Około pół godziny czekania na połączenie. Po rozmowie o godzinie 08:33wysłałam maila do towarzystwa ubezpieczeniowego z informacją, że pieniądze poszły na czas i załącznikiem – dowodem wpłaty ze wskazaniem numeru polisy. Poprosiłam o potwierdzenie, żeby sprawę zamknąć.

Generali nagabuje

Potwierdzenie nie przyszło. Za to przyszedł sms z upomnieniem, żebym zapłaciła II ratę OC. Znów dzwonię. Znów pół godziny czekam na połączenie. Ktoś sprawdza, mówi, że pieniędzy na koncie nie ma, ale jest dowód zapłaty przesłany mailem. Mówi, że sprawę przesłał do właściwego departamentu. Po 13 dniach od zapłaty II raty polisy ubezpieczeniowej OC auta dostaję tym razem maila:

W dniu 2016-03-16 12:59:53 użytkownik direct@generali.pl <direct@generali.pl> napisał:

Szanowna Pani.

Uprzejmie proszę o przesłanie potwierdzenia płatności za II ratę,  gdyż nie otrzymaliśmy maila z potwierdzeniem, o którym Pani napisała. Wówczas zweryfikujemy sprawę. Przepraszamy za niedogodności.

W razie wątpliwości lub dodatkowych pytań jesteśmy do Państwa dyspozycji

Z poważaniem,
Leszek Szczuka

Starszy Specjalista ds. Relacji z Klientami
Departament Obsługi

W nerwie

Napisałam w odpowiedzi: Wednesday, March 16, 2016 3:07 PM
To: direct@generali.pl
Subject: Re: RE: Składkę dawno zapłaciłam, a Wy mnie nagabujecie. TO SKANDAL

Kłamie pan, bo trzykrotnie (tyle razy już burzyliście mój spokój) telefonicznie uzyskałam potwierdzenie, że dostaliście dowód przelewu, który wysłałam 7 marca 2016 roku o godz. 8. 33 na adres centrumklienta@generali.pl

Załączam jeszcze raz dowód przelewu i coraz częściej opowiadam wszystkim o braku kompetencji ludzi, którzy pracują w Generali.

Niby nic się nie stało

Po kilku rozmowach telefonicznych i kilku mailach dostałam odpowiedź:

21 marca  godz. 12. 19

Szanowna Pani.

Bardzo dziękujemy za przesłanie potwierdzenia płatności. Składka jest zaksięgowana i polisa jest opłacona.

Przepraszamy za niedogodności z naszej strony. Błąd zaistniał w systemie.

Mamy nadzieję, że zaistniała sytuacja nie spowoduje utraty zaufania, jakim obdarzyła Pani Firmę Generali.

Wasza nadzieja jest płonna

Panie Leszku Szczuka, starszy specjalisto ds. relacji z klientami
departament obsługi  Generali, myślę, że to między innymi dla pana wymyślono bezrobocie. Straciłam dużo nerwów i czasu na wyjaśnienie tej sprawy. Pana zapewne chronią korporacyjne procedury, ale skoro pan się im poddaje, to do pana mam żal a nie do korporacji (niech upadnie!).

Czym się w ogóle denerwuję? Małgorzata Kolińska-Dąbrowska, dziennikarka „Gazety Wyborczej” opowiedziała mi historię o pani Marii, która w 2007 roku spłaciła ostatnią ratę kredytu, prawie 2400 zł po czym bank domagał się dopłaty 214 zł. Po kolejnych dwóch tygodniach kobieta dostała następne ponaglenie i informację, że musi zwrócić dodatkowe prawie 1 tys. zł odsetek karnych. Zaczęła badać skąd ten kolejny dług i dlaczego ktoś przypomniał sobie o nim po ponad roku. Okazało się, że pracownik podpisując umowę kredytową, źle wyliczył wysokość raty – 399,83 zł. Za mało o dwa grosze. Powstała minimalna niedopłata. I potem nastąpił efekt domina. Nie wspomnę potencjalnych  rejestrach dłużników i innych szykanach, które mogą spotkać nas nawet wtedy, kiedy jesteśmy w porządku, a po drugiej stronie procedury, departamenty, korporacje nie zadziałają. Albo człowiek zetknie się z panem Leszkiem.