Miejsca

Zanim dziś dojechałam do Krakowa musiałam rano pospiesznie się spakować, tak, żeby bagaż wziąć ze sobą do pracy, skąd do Dworca Centralnego w Warszawie mam jeden przystanek metrem. A tu?!

15 rzeczy, które trzeba dziś wziąć w podróż, a których w podróż się nie brało 25 lat temu
Cel osiągnięty: pod Wawelem

Lista rzeczy, które trzeba wziąć na wypad weekendowy się wydłuża:

  • Komputer plus kabel zasilający i myszka z podkładką (bo nie lubię touchpada) plus słuchawki z mikrofonem (do komfortowej rozmowy na Skype’ie)
  • Smartfon plus ładowarka
  • Power bank plus kabel zasilający
  • Aparat fotograficzny
  • Kabel do przegrywania zdjęć z aparatu fotograficznego do komputera
  • Router plus kabel zasilający
  • Odtwarzacz Mp3 plus słuchawki
  • eBook reader

…i w drogę!

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Każda rzeka wydaje się podobna – tak samo mokra, tyle samo nad nią uschniętych drzew,  a w niej badyli – z bliska jednak, z kajaka, można dostrzec różnice między nimi. A Liwiec?

Liwiec w sierpniu
Zakole Liwca

Można powiedzieć, że jak zwykle ja i Tad przestrzeliliśmy. Dla właścicieli GPS-a wydaje się to pewnie prymitywne. Jednak nie ma jeszcze tak szybkiego GPS-a, który by powiedział, w którą stronę mam skręcać, zanim przejadę kilka dobrych kilometrów dalej. GPS jest spóźnionym komentatorem tego co powinnam zrobić. Za to mam żywego pilota. On też się spóźnia, ale od GPS-a jest zdecydowanie szybszy. Poza tym jest  interakcyjny, co zawsze ceniłam. Niemal przez Siedlce, ale dojechaliśmy na miejsce zbiórki. Ha!  Jak zwykle, chciałam  wcześniej wycofać się z imprezy, żeby nie robić innym kłopotu. Ale za późno było na jakiekolwiek kłamstwo. Gdy  spóźnieni dojechaliśmy, powiedziałam do naszego szefa i organizatora, czyli Wojtka: „ale nie jesteśmy ostatni”.  Tylko się uśmiechnął. Toyota zaparkowała tuż za nami. Kilkadziesiąt sekund po nas. Poza tym Wojtek naprawdę jest wyrozumiały dla uczestników spływu – pod warunkiem, że nie należą do jego najbliższej rodziny, którą najwyraźniej kocha, szanuje i jest jej oddany bez reszty bardziej niż tym, którzy pod jego wodzą płyną po rzece. No cóż, z rodziną ma jednak wyznaczoną dłuższą trasę i to wymaga silniejszego przewodnictwa.

Spod Wyszkowa do Urle

Według znaków przepłynęliśmy 60 km, ale nie chce mi się w to wierzyć. Według czasu to było ok. 16 godzin wiosłowania. Trzy zapory i tzw. przenoski – trzeba przenieść kajaki na drugą stronę zapory a każdy kajak waży co najmniej ok. 40 kg (bez wyposażenia i bagażu).

Przenoska na pierwszej zaporze w Węgrowie

Przenoska na pierwszej zaporze w Węgrowie

Po trzeciej zaporze pojawiają się mielizny – jak to powiedział  któryś z mężczyzn – "przenoszenie kajaków to nic, ale te kilka godzin, kiedy płynąłem, nie wiedząc, w którym momencie zawisnę było straszne".

Na płyciznach popych i pociąg były skuteczniejsze niż wiosłowanie. Myliłby się każdy kto by zgadywał, że na środku rzeki jest najgłębiej. Że istnieje jakakolwiek prawidłowość w występowaniu łach i mielizn.
Na płyciznach popych i pociąg były skuteczniejsze niż wiosłowanie. Myliłby się każdy kto by zgadywał, że na środku rzeki jest najgłębiej. Że istnieje jakakolwiek prawidłowość w występowaniu łach i mielizn.

Kierowcy i reszta

Kierowcy zawożą swych towarzyszy kajakowania na miejsce startu, po czym jadą kolumną – tym razem siedem aut – w dół rzeki i tam parkują. Wracają na ogół autem z przyczepą pełną kajaków do punktu ich wodowania na rzekę. Pierwsi widzą miejsce biwakowania i cumowania. Zapamiętują punkt rozpoznawczy, żeby nie przepłynąć o most czy dwa za daleko.

Zamek w Liwie
XV-wieczny zamek w Liwie

Na tym spływie były dwa takie miejsca. Pierwszy biwak pod zamkiem w Liwie w dzień XV Turnieju Rycerskiego.

Drugi u sołtysa w Bednarzach. Na jego prywatnej, nieskażonej łące. To tu podczas poszukiwań naszej przystani, wjechałam za Wojtkiem na krótką drogę prowadzącą do gospodarstwa, w którym chciał zapytać o dom sołtysa. Wycofując się, by go przepuścić, wjechałam lewym tylnym kołem do rowu. Niestety nie przewidziałam takiej atrakcji i zdjęcia nie mam.  Mężczyźni wysiedli ze swoich maszyn, Wojtek usiadł za kierownicą, trzech (chyba trzech, bo w zdenerwowaniu słabo widzę i słabo liczę) uniosło lekko auto i wyprowadziło je na prostą.

Drugi moment szczególny, to ostatni powrót po auta.  Reszta uczestników spływu czekała na nas pod kolejowym mostem w Urlach. My,  podwiezieni przez właściciela kajaków pod dom sołtysa, szliśmy ławą drogą pomiędzy lasem a łąką. Sześciu kierowców i ja – też prowadząca. Tym razem świeciło słońce. Szliśmy, jak siedmiu wspaniałych (byłoby nas tyle, ale jeden kierowca plus żona z dwojgiem dzieci wycofali się z zawodów przetrwania na spływie po pierwszym dniu, czyli po czterech godzinach wiosłowania). Byliśmy nie mniej brudni niż kowboje w trzy dni po wyruszeniu w drogę. No może ciut mniej, bo jednak na rzece się nie kurzy. Z odległości 100 metrów zauważyliśmy, że stoi nie sześć, a siedem samochodów. Ósmy właśnie się zatrzymał. Rosły facet, koło siedemdziesiątki, wysiadł z niego i patrzył z dużym niedowierzaniem na sznur pojazdów zaparkowanych na prywatnej łące tuż nad  rzeką.

– To sołtys się dziwi? – spytałam Wojtka-organizatora.

– Nigdy sołtysa nie widziałem – odpowiedział, bo przecież ważne sprawy załatwia się na telefon i mailowo.

I choć sołtysa – jak się okazało – nie spotkaliśmy, wdzięczność za gościnę pozostanie w nas dozgonna.

Zapraszam do galerii zdjęć. Kliknij, by powiększyć fotki i obejrzyj

 

 

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Przyszedł mail od Wojtka, że można płynąć z nim i jego żoną Basią spływem Pilicą. Najszybsi w zgłoszeniu mieli obiecany domek. Byliśmy z Tad super szybcy. Namiocik dla płazów przerobiliśmy na spływie Drwęcą. Można, ale jak nie trzeba? To po co!

Zawsze przed wyjazdem sprawdzam w internecie czas dojazdu. Do Białobrzegów – godzina – stało napisane. Plan był prosty: wyjechać o godzinie 7 , ale  jak to często bywa, nie udało się. Wyjechaliśmy o 7.20. Zdążyliśmy. Przy okazji odkryłam, że już nie lubię tak szybko jeździć. Mój młodszy syn w fazie uwielbiania żółwi i żartowania, że jest żółwikiem, a nim  – zapewniam – nie był, podczas jazdy próbnej nowego auta powiedział: „Żółwiki jednak nie lubią tak szybko jeździć”. I nagle po latach od tamtego zdarzenia odkryłam, że jestem żółwicą.

Tym razem na spływie był Adam i Ludka (zaprosili nas na spływ Drwęcą i nie dojechali). Wspólnie oceniliśmy architektoniczno-społeczny status domków, jeżeli tak można o nich powiedzieć. „Późny Gomułka, wczesny Gierek, a potem ekonomiczna zapaść”.   Wyższość  tych chat z pustaków nad namiotem jest taka, że stoją w nich łóżka z wygodnym w miarę nowym materacem, a dodawana do niego pościel jest świeża  i młoda wiekiem.

Wyruszyliśmy z Tomczyc. Samochód z 14 kajakami  był szybszy od deszczowej ciężkiej chmury.

Tomczyce. Start spływu Pilicą

Fot. Tadeusz K. Kowalski

Odwrotu nie było. Popłynęliśmy. Za czwartym mostem miało być mało widoczne ujście starorzecza Pilicy i droga do gospodarza–właściciela kajaków. Ostatecznym znakiem, że to tu, miało być sześć linii energetycznych. Gdyby ktoś przegapił, pozostawałby mu kurs pod prąd. Ja tego doświadczyłam z innego powodu. Na szczęście  Tad ma dobrą orientację w terenie, a ja zawsze mam oko na swoich. Nawet jak oni nie wiedzą, że są „moi”. Trafiliśmy.

Zawieszeni na badylu

To było za Osuchowem. Suniemy leniwie Pilicą, a tu Adam i Ludka wiosłują  stojąc w miejscu. Miny wskazują na jedno: coś złego się dzieje. Adam mówi, że nie ma problemu, a ja (przecież to już mój drugi spływ) myślę, że ześlizgną się z tego czegoś na co wpłynęli i ruszą z nurtem.

Po kilkudziesięciu metrach (miałam farta, że szybko myślę) postanowiliśmy z Tad zawrócić, żeby Adam z Ludką nie zostali sami.

Tad wiosłował pod prąd, ustawiał kajak, ja miałam ciągnąć za linkę na dziobie kajaka. Kajak Ludki i Adama ani drgnął, w końcu zaczął się obracać wokół niewidocznej osi. Adam powtarzał, żeby go tylko do brzegu dociągnąć, a już sobie da radę. A to było tak, jakby wskazówki zegara namówić, żeby skoczyły w bok, a nie kręciły się jak głupie w  kółko.

Naciskałam na Tad, żeby zadzwonił do Wojtka-szefa wyprawy. Nie z histerii, a  z poczucia wspólnoty. To było wbrew Adamowi i boję się, że nigdy Tadeuszowi - najbliższemu bratu ciotecznemu tego nie wybaczy. Dlaczego tak myślę? Bo jak – tak jak i wielu innym – zdarzyło nam się osiąść kajakiem na mieliźnie, to Adam – jak tylko był w pobliżu – pytał  czy wezwać pomoc.

Widziałam to wyraźnie – jak zniosło mnie i Tad w trzciny – że kawałek konara wbił się w środek kajaka tuż pod tyłkiem Adama. Ale on wciąż w to nie wierzył. Myślę, że wkurzony na nas za telefon po pomoc przeszedł do działania i przeszedł wszelkie oczekiwania Ludki. Po tym jak nie udało się wiosłem odczepić konara, wskoczył do wody,  wypchnął przeszkodę i wyprowadził kajak ze swoją ukochaną do miejsca, gdzie mógł wsiąść, by dalej czuwać nad Ludką. Ot, taka historia.

Spychanie kajaka z kawałka konara, który się wbił w dno

Fot. Grażyna Lubińska

Zmyłka

Dopłynęliśmy w dwa kajaki do Przybyszewa. Nasi już tam zacumowali. Pomyśleliśmy, że wszyscy sikają, a my nie i popłynęliśmy dalej . I dalej. I dalej. Nikt nie krzyknął, jak onegdaj w TVP Żakowski i Najsztub: „Zostańcie z nami”. W końcu telefon: wracajcie, to tu będzie obiad. Tad mówi: „wrócimy”. Ja mówię: „Olejmy ten obiad, kupimy sobie coś w Białobrzegach”. I nie ma dyskusji (pamiętajcie, że matki Adama i Tadeusza były siostrami). Wracamy. Zrywa się wiatr. Czarna chmura nad nami jest jednoznaczna. Mówię, że nie mam siły i chromolę ten obiad (słowami cięższymi niż ta chmura). Tad prosi grzecznie, aczkolwiek stanowczo, żebym odłożyła wiosło. Zgadzam się, bo nie mam siły przeciwko prądowi i wiatrowi wiosłować. Zaczyna padać deszcz. Dmie coraz mocniej. Tad wiosłuje sam i oboje stoimy w miejscu. Włączam się do gry. Jestem jak mrówka wspomagająca słonia, ale drgnęło. Powolutku przedzieramy się w górę rzeki. Ze trzy razy jeszcze prosiłam, żebyśmy odpuścili. Bez zrozumienia.  Gdy w końcu zobaczyłam most w Przybyszewie – jeszcze daleko – zapytałam czy to fatamorgana. Dopłynęliśmy. Kończyny górne od barku do dłoni mi się trzęsły, nogi drgały. Byłam wściekła i nieszczęśliwa. Ale już po godzinie odczuwałam satysfakcję.

Wojtek nasz szef – kajakowy – oczywiście. Wiatr wzmaga się. Jedna z rzecznych rzeźb. (To info dla tych, którzy nie wiedzą po co się płynie). Trzcina zwiastuje Sodomę i Gomorę dla kajakarzy. Latające nad Pilicą bociany – szczęście. Młoda rodzina.kaczek Takie domki w kolorze i wydźwięku kojarzą się z kenijskimi lepiankami. Niby słomy nie ma, mury są, a wrażenie podobne. Most w Osuchowie. Dwuwieżowy kościół w Przybyszewie. Można powiedzieć: trzciny murem stoją. Adam już nie chce się kręcić wokół niewidzialnej osi. Zaczyna działać. Ściąga spodenki. Na początku chodzi o jak najmniejsze koszty. Noga do góry, rano była myta. Próba uzyskania pozycji wyjściowej – suchej. Czasem na sucho się nie da. Chociaż to wiosło uratowaliśmy Próba wydostania się z pułapki tanim kosztem. Adam usiłuje wiosłem – jako dźwignią odczepić przeszkodę. Tak robią niektórzy faceci. Coraz rzadziej produkują ten model. rsz_dscf9259 I po wszystkim. Patafian (pies) nawet nie wiedział, że o mało co, a musiałby płynąć. Patafian utrudniający wiosłowanie.

Grill nad Pilicą, a my płyniemy.

Te dziury w ziemi, to gniazda jaskółek brzegówek.

 

Domek przy ul. Krakowskiej w Białobrzegach.Domek przy ul. Krakowskiej w Białobrzegach.

 

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

1 Comment

Open'er Festival 2016 w Gdyni. Punkt wymiany biletów na opaski

Fot. Tadeusz K. Kowalski

Jak powiedział  Chińczyk – tyle ludzi w pociągu to on widział tylko w Chinach.  Robi interesy w imieniu China Bank. Ma 60 lat, a wygląda na czterdzieści kilka. Yan – w Polsce po prostu Jaś – pracuje nad tym, żeby pieniądze nie leżały w banku, bo to – jak mówi – marnotrawstwo.  – Masz pomysł? China Bank go sfinansuje – zapewniał .

Pociąg, w którym obowiązują miejscówki, w czwartek przed meczem Portugalia–Polska w Euro 2016 wypełniony był po brzegi. Żaden konduktor nie miał szans sprawdzić biletów. Obsługa Warsu wodę rozdawała z ręki, bo korytarz dla wózka był nieprzejezdny. Pasażerowie w napięciu śledzili wskazówki zegarków. Pociąg już z Warszawy wyjechał z półgodzinnym opóźnieniem. O godzinie 22 miał zacząć się występ formacji Red Hot Chili Peppers. Jak skomentowała dziewczyna spod okna, najnowsza płyta  The Gateway  nie jest najlepsza, ale album Blood Sugar Sex Magic wciąż jest świetny. Pociągiem na koncert jechali też niebieskoocy Szwedzi i długonogie Włoszki. Dziś wielu z nich można było spotkać na płycie Redłowskiej, przy piwie w Tawernie Orłowskiej lub wzdłuż brzegu z puszką lub kawą w ręce. Albo pokotem.

Open'er Festival 2016 w Gdyni. W stanikch i majtkach śpią dziewczyny na spacerowym trakcie wzdłuż brzego z Gdyni Redłowo do Gdyni Orłowo

Fot. Tadeusz K. Kowalski

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

2 komentarze

Każdemu takiego pierwszego razu życzę: najpierw  lęk, później niesnaski a w trakcie i na koniec  fala cudownych przeżyć, których nawet pretensje partnera nie są w stanie zepsuć.

Żagle na wiatr, ktoś krzyknął i wszyscy podnieśli wiosła do góry. Fot. Grażyna Lubińska
Żagle na wiatr, ktoś krzyknął i wszyscy podnieśli wiosła do góry. Fot. Grażyna Lubińska

Kiedy w marcu Adam zaproponował nam spływ kajakowy Drwęcą, zgodziłam się dla Tad. Termin był odległy – około bożocielny. Pomyślałam, że nabiorę ochoty. Nie nabrałam, bo się bałam. Nigdy przecież na spływie kajakowym nie byłam. A jedyny raz, kiedy Tad był na mnie zły, to gdy zafundował mi pływanie kajakiem po jeziorze Solińskim.

Spływ miał zacząć się w Topielach, ale zaliczył falstart już w Warszawie. To Tad przygotowywał wszystko, bo na „niejednym spływie był” a to do tego specjalista od kadłubów.  Przed wyjazdem rano spytałam czemu mamy tyle bambetli i zasugerowałam,  że wystawia nas na pośmiewisko. Na to on, że „nigdy na spływie nie byłam”, a tam ludzie poza tym, że spływają, ciągle się przepakowują.

My też się przepakowaliśmy, tyle że przed  wyjazdem. A potem mieliśmy problem ze znalezieniem celu. Miały to być Topiele. Na szczęście przeczytałam przed podróżą jakiegoś zaległego maila,  w którym było coś o Zajeździe przy Kominku. Kiedy mijałam na 3 minuty przed zbiórką Wielki Głęboczek, po dwóch, trzech kilometrach zapytałam czy Zajazd przy Kominku nie ma związku z adresem, okazało się, że owszem – zawróciliśmy. Tad zadzwonił do Adama, który nas zaprosił na imprezę, żeby dopytać o szczegóły – okazało się, że z ważnych powodów nie przyjedzie.

To był mój wielki dyskomfort. Jak dla Cygana, który dla towarzystwa dał się powiesić.

A potem problem z rozbiciem pożyczonego namiotu, niezrozumienie kiedy się przewozi bagaż do skrytki, powrót po bagaż do poczekalni i niezabranie żarcia na pierwszy dzień spływu kajakowego .

Punkt pierwszy wyprawy : Kurzętnik –Wielki  Głęboczek. Drwęca zameandrowana, jakby zaczynała już mieć świra; kukułki rozkukane, jakby dorzecze Drwęcy miało przed sobą długie lata życia. Na tym odcinku rzeki, nie widziałam ani jednego człowiek na wodzie, ani nad nią.

Kajakowy spływ Drwęcą. Wąskie gardła i zatory.
Wąskie gardła na Drwęcy i zatory. Fot. Grażyna Lubińska

Wieczorem było ognisko z kiełbasą i przyprawami (ketchup lub musztarda), ludzie ze sobą od lat pływają i się znają, i lubią, są tak zżyci, że niektórzy upici a my zmęczeni więc  ani się na świeżo nie zżyliśmy i nie upiliśmy – poszliśmy spać. A tu tumult wokół był ogromny, zaczęły się śpiewy i pokrzykiwania, ale szybko się dla nas ucięły. Okazuje się, że zmęczenie pokona każdy głośny rozgardiasz.  Mokro i zimno było nocą, więc w namiocie na karimacie w lichym lekkim wagowo śpiworze mnie było trudno spać, psia mać. Było mi coraz zimniej aż około czwartej rano usłyszałam bełkotliwe zwierzenia przy wygaszanym palenisku .  Facet mówił, że ma kłopoty z osiemnastoletnią córką i powtarzał, że każdy planuje swe życie idyllicznie. A potem sprawy się komplikują i tak nie jest . Spodobało mi się to jak konstatacja syna Pedra (Roberta): „No cóż, mamy wolność słowa, ale lepiej uważać na to co się mówi” – powiedział wczesnonastoletni chłopak. To i ja, choćby ze względu na tę złotą myśl, nic więcej nie napiszę poza tym, co pod zdjęciami.

Fotografie własne

Kliknij, żeby powiększyć zdjęcie 

2 komentarze

Dorota (siostra moja) zadzwoniła z Krakowa, że w Gdyni mamy najlepszą pogodę w Polsce! W tym momencie już z kijami do Nordic Walking staliśmy na Płycie Redłowskiej. Każdy ze swoim aparatem fotograficznym

Na starcie,

Drzewo obumarłe a kwitnie. Owocowe. Białe kwiauszki.Ulica Kopernika w Gdyni
Drzewo obumarłe a kwitnie. Fot. Tadeusz K. Kowalski

z ulicy Kopernika w dół – za naszych wspólnych czasów tutejszej marszruty zrobiono schodki, postawiono przyrządy do zabawy i sportów, i piec do grillowania z ławeczkami, i stolikami – otóż tu na starcie zaatakowali nas wyborcy nie wspomnę jakiej partii, żebyśmy nie robili im zdjęć. Pili na powietrzu, agresja wynikała ze wstępnego aktu spożycia, jeszcze się nie rozluźnili. Dziecko w wieku kumatym, na pewno do szkoły chodzi, już chyba w wieku postkomunijnym, próbowało złagodzić napaść dorosłych. Może myśleli, że dokumentuję ich picie? Otóż – zdenerwowałam się tak, jakbym się zdenerwowała oglądając telewizję, jakikolwiek kanał –  i gdy kobieta krzyczała, żebym nie fotografowała jej – zgodnie z prawdą – powiedziałam, że jej nie fotografuję. Zadyma zrobiła się straszna. Dopiero na moje stwierdzenie, że nie jest ładnym obiektem do fotografowania,  zamilkła. Za to młody – płci męskiej – bo przecież nie napiszę, że mężczyzna – kazał mi iść do lasu i tam fotografować. Ma facet fart, że w Polsce nie można posiadać broni, żeby strzelać do plugastwa.  Gdy zostawiliśmy ich przy butelce i tłustych kiełbasach, zaczęło się piękno.

Towarzystwa ubezpieczeniowego Generlai nie polecam
Generali nie polecam. Fot. Tadeusz K. Kowalski

Raz wymyśliłam  komentarz do zachowania ludzi, z którymi próbowałam bezskutecznie załatwić prostą sprawę: „to dla takich wymyślono bezrobocie”. Jeśli chodzi o firmy, np. o Generali i temu towarzystwu ubezpieczeniowemu podobne, proponuję: „to dla takich firm wymyślono upadłość”

6 marca 2016 roku dostałam sms-a: „przypominamy o płatności” i tu dane polisy OC samochodowego. Termin płatności mijał 3 marca. Wtedy też poprosiłam przyjaciela, żeby przelał 274 zł , bo miałam zator płatniczy. Zapracowałam, zarobiłam a przelew z honorarium nie przyszedł na czas (nawet go do mnie nie wysłano).

7 marca zadzwoniłam do Generali, żeby wyjaśnić sprawę. Około pół godziny czekania na połączenie. Po rozmowie o godzinie 08:33wysłałam maila do towarzystwa ubezpieczeniowego z informacją, że pieniądze poszły na czas i załącznikiem – dowodem wpłaty ze wskazaniem numeru polisy. Poprosiłam o potwierdzenie, żeby sprawę zamknąć.

Generali nagabuje

Potwierdzenie nie przyszło. Za to przyszedł sms z upomnieniem, żebym zapłaciła II ratę OC. Znów dzwonię. Znów pół godziny czekam na połączenie. Ktoś sprawdza, mówi, że pieniędzy na koncie nie ma, ale jest dowód zapłaty przesłany mailem. Mówi, że sprawę przesłał do właściwego departamentu. Po 13 dniach od zapłaty II raty polisy ubezpieczeniowej OC auta dostaję tym razem maila:

W dniu 2016-03-16 12:59:53 użytkownik direct@generali.pl <direct@generali.pl> napisał:

Szanowna Pani.

Uprzejmie proszę o przesłanie potwierdzenia płatności za II ratę,  gdyż nie otrzymaliśmy maila z potwierdzeniem, o którym Pani napisała. Wówczas zweryfikujemy sprawę. Przepraszamy za niedogodności.

W razie wątpliwości lub dodatkowych pytań jesteśmy do Państwa dyspozycji

Z poważaniem,
Leszek Szczuka

Starszy Specjalista ds. Relacji z Klientami
Departament Obsługi

W nerwie

Napisałam w odpowiedzi: Wednesday, March 16, 2016 3:07 PM
To: direct@generali.pl
Subject: Re: RE: Składkę dawno zapłaciłam, a Wy mnie nagabujecie. TO SKANDAL

Kłamie pan, bo trzykrotnie (tyle razy już burzyliście mój spokój) telefonicznie uzyskałam potwierdzenie, że dostaliście dowód przelewu, który wysłałam 7 marca 2016 roku o godz. 8. 33 na adres centrumklienta@generali.pl

Załączam jeszcze raz dowód przelewu i coraz częściej opowiadam wszystkim o braku kompetencji ludzi, którzy pracują w Generali.

Niby nic się nie stało

Po kilku rozmowach telefonicznych i kilku mailach dostałam odpowiedź:

21 marca  godz. 12. 19

Szanowna Pani.

Bardzo dziękujemy za przesłanie potwierdzenia płatności. Składka jest zaksięgowana i polisa jest opłacona.

Przepraszamy za niedogodności z naszej strony. Błąd zaistniał w systemie.

Mamy nadzieję, że zaistniała sytuacja nie spowoduje utraty zaufania, jakim obdarzyła Pani Firmę Generali.

Wasza nadzieja jest płonna

Panie Leszku Szczuka, starszy specjalisto ds. relacji z klientami
departament obsługi  Generali, myślę, że to między innymi dla pana wymyślono bezrobocie. Straciłam dużo nerwów i czasu na wyjaśnienie tej sprawy. Pana zapewne chronią korporacyjne procedury, ale skoro pan się im poddaje, to do pana mam żal a nie do korporacji (niech upadnie!).

Czym się w ogóle denerwuję? Małgorzata Kolińska-Dąbrowska, dziennikarka „Gazety Wyborczej” opowiedziała mi historię o pani Marii, która w 2007 roku spłaciła ostatnią ratę kredytu, prawie 2400 zł po czym bank domagał się dopłaty 214 zł. Po kolejnych dwóch tygodniach kobieta dostała następne ponaglenie i informację, że musi zwrócić dodatkowe prawie 1 tys. zł odsetek karnych. Zaczęła badać skąd ten kolejny dług i dlaczego ktoś przypomniał sobie o nim po ponad roku. Okazało się, że pracownik podpisując umowę kredytową, źle wyliczył wysokość raty – 399,83 zł. Za mało o dwa grosze. Powstała minimalna niedopłata. I potem nastąpił efekt domina. Nie wspomnę potencjalnych  rejestrach dłużników i innych szykanach, które mogą spotkać nas nawet wtedy, kiedy jesteśmy w porządku, a po drugiej stronie procedury, departamenty, korporacje nie zadziałają. Albo człowiek zetknie się z panem Leszkiem.

 

 

 

 

1 Comment

Korę ubóstwiam, ale czemu moje najwyższe uczucia do jej twórczości psuje anons na stronie Onet: „Kora nie ma pieniędzy na leki”? A te miliardy osób, które bardziej pieniędzy nie mają i chorują?
Korę ubóstwiam

Korę ubóstwiam, ale czemu moje najwyższe uczucia do jej twórczości psuje anons na stronie Onet: „Kora nie ma pieniędzy na leki”? A te miliardy osób, które bardziej pieniędzy nie mają i chorują?

Temu kto pisze takie bzdury, żeby współczuć Korze i kto akceptuje edycję takiego tekstu chodzi oczywiście o klikalność. Jeśli Kora się na to zgadza – żenuje mnie to. Przecież tu chodzi o zwykłą przyzwoitość.

Jeśliby ktoś napisał : „Nie zapłaciłeś grosza za płytę Kory i słuchasz jej piosenek, to przez ciebie nie ma teraz pieniędzy na lekarstwa”, tu nawet podałabym numer konta na leki dla Kory, żeby każdy winowajca mógł jej zadośćuczynić.

Nawoływanie przez media – czasem z inspiracji krewnych – o pieniądze na lekarstwa, leczenie osób sławnych, uważam za najbardziej w złym guście i zabijające innych chorych, grubo biedniejszych. Jakże bardzo odbiera się nadzieję na terapię, na przeżycie, ludziom zwykłym lub niezwyczajnie ubogim.

Dlaczego im to robicie?!

„Kocham Cię kochanie moje” – hit z 1983 roku Maanamu jest w moim życiu ważny. To nic, że potem mój mąż zakochał się w sporo młodszej ode mnie imienniczce.

Pamiętam: byłam na wsi u teściów – jak na obczyźnie – a ojciec naszego dziecka, asystent na Uniwersytecie Jagiellońskim wówczas mniej zarabiający niż kosztował wynajem kawalerki w Nowej Hucie – najtańszej dzielnicy Krakowa – przysłał mi z saksów tekst tej piosenki w starodawnym liście papierowym z wiedeńskimi znaczkami pocztowymi.

Gdyby ktoś opacznie zrozumiał mój pokrętny wywód, wyjaśniam: mam same dobre wspomnienia związane z Korą: „Boskie Buenos” (pojechałam do niego m.in. przez tę piosenkę), „Żądza pieniądza”, „Szare miraże”, „Stoję, stoję, czuję się świetnie”, „Cykady na Cykladach”, „O! nie rób tyle hałasu” …

Koro, między innymi „Przyszłam na świat po to
Aby spotkać ciebie
Ty jesteś moim słońcem
A ja twoim niebem […]
Po to jesteś na świecie […]”

Nie pozwól psuć tego Koro, nie psujcie tego inni

Zdrowia Ci życzę Koro, Olgo Jackowska 🙂

Kiedy przed Włoszczową zatrzymał się pociąg wiozący mnie 16 stycznia 2016 roku z Krakowa do Warszawy i stał długo, pomyślałam, że to pech. Zdarza się. Kiedy po jakimś czasie wolniutko ruszył, by znów się zatrzymać i tak przez 107 minut – nabrałam pewności, że to duch Przemysława Gosiewskiego broi.

Opóźnienie pociągu - jak wiadomo - może się zwiększyć lub zmniejszyć . PKP Intercity - 16 stycznia 2016 rok. 107 minut spóźnienia
Opóźnienie pociągu - jak wiadomo - może się zwiększyć lub zmniejszyć

Pociąg był nówka i pewnie dlatego nie dało się „odhamować” kół – jak informowała – kierownik pociągu.

Chętnie wypisywała poświadczenia o spóźnieniu pociągu, żeby pasażerowie mogli reklamować wysokość opłaty za bilet. W sumie pociąg jechał ponad połowę czasu dłużej niż przewidziano w rozkładzie jazdy.

Po niemal miesiącu przyszła odpowiedź na reklamację. Dowiaduję się z niej, że ponieważ kurs euro 16 stycznia wynosił 4,48 zł wysokość odszkodowania z tytułu opóźnionego przejazdu nie sięgnęła „wymaganego” 4 euro.

Naczelny wydziału Sebastian Burek napisał na koniec: „Przykro nam z powodu niedogodności związanych z opóźnieniem pociągu”.

Mnie też było i jest przykro. Nawet bardziej.

Policjanci zaglądają do bankomatu czy nikt nie ukradł z niego pieniędzy
Policjanci zaglądają do bankomatu czy nikt nie ukradł z niego pieniędzy. Fot. Tadeusz K. Kowalski

Codziennie do mojej skrzynki e-mailowej trafia kilkanaście ofert pożyczki. Na ogół wrzucam je do SPAM-u, ale ta mnie zaintrygowała: „Potrzebujesz gotówki na święta?” pytają mnie 30 stycznia. Nie napisali na które. Pewnie tylko chcieli mnie zwabić.

Kłopotliwi rodzice

Jedna z ciekawszych historii, o które się otarłam, opowiada o wyznaniu córce przez matkę-emerytkę, że jest bankom winna kilkaset tysięcy złotych i ją ścigają monitami spłaty. Przyznała się, ze strachu. Bała się co się z nią i jej mężem stanie. Córka też ze strachu poszła do adwokata i za suto opłaconą poradą na pniu sprzedała mieszkanie rodziców, kupiła inne mniejsze na siebie, rodziców w nim ukryła, nigdzie nie zameldowała, żeby banki, komornicy i sądy nie mogły ich dopaść. Wszyscy wstrzymali oddech i przeczekują. Rodzice w żalu do córki, że bez zameldowania żyją, jakby nie żyli wcale. Mnie, ale nie tylko mnie, bo i adwokata od początku intrygowała odpowiedź na pytanie: na co matka, ewentualnie matka z ojcem wydali tyle szmalu?! To, że ojciec-profesor od lat jest alkoholikiem, nie jest wystarczającą odpowiedzią. Bo głównie – jak mawiał mój ojciec-alkoholik – pił za swoje.

Matka przyznała się do jednej, nie więcej niż dwóch niewielkich pożyczek, na buty dla wnuczki i na garnki, w których gotuje się zdrowe jedzenie i mają gwarancję stu lat (sprzedawali je na pokazie, na który zaprosili emerytów) i jeszcze przyznała się do tego, że gdy zobaczyła jedną z reklam namawiających do konsolidacji kredytów – skorzystała z propozycji.

Kredyt we frankach szwajcarskich

Ja też skorzystałam. Z kredytu frankowego, żeby kupić małe mieszkanko w Warszawie, zamiast wynajmować. Spłata kredytu plus opłaty za mieszkanie na początku okazały się mniejsze od ceny wynajmu zapyziałej kawalerki od koleżanki. Bez pralki, lodówki i spania. Gdy brałam kredyt, frank szwajcarski kosztował niewiele ponad 2 zł. Dziś dwa razy tyle.

Niewielka linia kredytowa

Potem na koncie w mBanku przyznano mi linię kredytową, nazywa się to „dopuszczalne saldo”. Niby tylko 3 tys. zł, niby bezpiecznie. Dopiero po kilku miesiącach zorientowałam się, że trzydzieści kilka złotych płacę, za niewykorzystanie linii kredytowej. Za wykorzystanie, trochę więcej.

Cudowna karta

Do tego karta kredytowa. Była super, dopóki co miesiąc ją wyzerowywałam. Ale przyszedł miesiąc, że nie mogłam tego zrobić. Potem roczna obsługa odsetek równała się czterem czynszom.

Dziś spłaciłam kartę, wczoraj zrezygnowałam „z dopuszczalnego salda rachunku” – jak w oszukańczej mowie mBanku nazywa się linię kredytową.

Powoli odzyskuję wolność finansową. I wiem, że już drugi raz jej nie oddam. Każdą wolność, którą się udało odzyskać trzeba bronić.

Dziś dostałam maile:

Wojciech: Szybko bez zaświadczeń w wygodnych ratach

Pożyczka tiptop: Jedyna taka na rynku pożyczka ratalna od 31 zł na miesiąc

Pożyczkomat: Chwilówka bez zaświadczeń

Wonga.com: Potrzebujesz pieniędzy ? Pożycz nawet 1500 zł do 60 dni

Od Ani: pożyczka za darmo na 45 dni, extraportfel.pl, 1500 zł za 0 zł

Santander Consumer Bank S.A. Szybki kredyt gotówkowy. Oprocentowanie od 3,99 proc.

Mnie już nikt nie zniewoli. A ciebie?